Promo banner
Sponsor Miasto Kielce

| Wywiad

Rozmawiał Marcin Długosz

W restauracji takiego nie zrobią

Charakterystyczna śląska gwara i przebojowość na lewej flance Korony Kielce przylgnęły do Michala Gardawskiego w oczach kibiców zasiadających na Kolporter Arenie. Zawodnik Żółto-czerwonych po dobrych występach w swoim wykonaniu zaczął mieć jednak problemy z kontuzjami i dopiero teraz powoli powraca do dyspozycji trenera Gino Lettieriego. W ciekawej rozmowie 27-latek opowiada o swoich początkach w Kolonii u boku Lukasa Podolskiego, chęci spróbowania zagranicznego doświadczenia, pochodzeniu ze Śląska, czy miłości do… klusków i bigosu! 

Na początek oczywiście kwestia zdrowia. Nie grałeś przez trzy miesiące, a teraz wróciłeś do treningów w okresie przygotowawczym. Jak to wygląda?

 

- Czuję się już lepiej, nie mam bólu. Tak jak jednak powiedziałeś, to były trzy miesiące. Muszę jeszcze wszystko nadrobić. Na obozie trochę trenowałem – przez pierwszy tydzień indywidualnie, przez drugi już częściowo z drużyną. Jak wróciliśmy do Kielc, to zacząłem pracować z zespołem na pełnych obrotach.

 

Potrzebuję jeszcze czasu. Jeśli po tych trzech miesiącach zacznę zbyt wcześnie, to nie będzie dobrze dla mojego ciała.

 

To na kiedy datujesz swój powrót do gry?

 

- Trudno powiedzieć. Trenerzy zawsze mi mówili, że potrzebujesz tyle czasu, ile byłeś kontuzjowany. Może jednak pójdzie szybciej, zobaczymy. Myślę, że jeśli chodzi o te dwa pierwsze mecze z Bruk-Betem i Sandecją, to będzie ciężko, żebym w nich zagrał.

 

Miałeś już kiedykolwiek w swojej karierze tak długą kontuzję?

 

- No właśnie nie. Dla mnie to też trochę dziwne, bo nigdy w jednym sezonie nie doznałem tylu kontuzji. Tutaj w Kielcach miałem już trzy. W całej karierze tylu nie odniosłem…

 

Zanim kontuzje, to jednak zagrałeś we wrześniu parę meczów i pokazałeś się z bardzo dobrej strony. Myślisz, że szybko możesz wrócić do takiej dyspozycji?

 

- Będzie ciężko. To jednak trzy miesiące bez treningów. Głowa i ciało potrzebują czasu. Jeśli poczuję się dobrze, to przez te mecze dostanę jeszcze siły, by mieć taką dyspozycję, jak kiedyś.

 

Robi ci w ogóle różnicę, w jakim miejscu boiska występujesz, czy jesteś totalnie uniwersalnym zawodnikiem?

 

- Najlepiej na skrzydłach. Czy to z przodu, czy to z tyłu, ale zawsze grałem na bokach. Nie robi mi różnicy prawa czy lewa strona.

 

W Niemczech grałeś w bocznych sektorach boiska chyba wszędzie. Tutaj kilka miesięcy temu trener widział cię raczej na lewej obronie.

 

- Zgadza się. Większość meczów rozegrałem właśnie tam. Jak jest nowy klub i nowy trener, to każdy ma inne podejście.

 

Przed przyjściem do Korony grałeś w Hansie Rostock i byłeś jej kapitanem. To zasłużony klub, opaska w takim miejscu to chyba nie jest pierwsza lepsza sprawa.

 

- Trener przyszedł do mnie przed sezonem i zapytał się, czy chcę być kapitanem. Powiedziałem mu, że jak najbardziej – duży klub, dobra drużyna. Dlaczego nie? Tak do tego doszło.

 

Czułeś związek z kibicami i miastem?

 

- Tak. Rostock leży nad morzem, więc fajnie się mieszkało. Na mecze przychodziło dużo kibiców. Ten klub jeszcze niedawno grał w Bundeslidze, a potem spadł najpierw do drugiej ligi, a potem do trzeciej. Potem jest ciężko awansować z powrotem.

 

W takim razie dlaczego opuściłeś Hansę latem zeszłego roku? Nie było możliwości, aby zostać?

 

- Klub chciał ze mną przedłużyć kontrakt, ale ja postanowiłem odejść. Całe życie grałem w Niemczech i stwierdziłem, że to czas, aby spróbować czegoś za granicą. Tutaj mam możliwość gry w najwyższej lidze, która jest lepsza od trzeciego poziomu niemieckiego.



Zanim o Ekstraklasie, chciałem cię zapytać jeszcze o rzeczywistość niższych lig niemieckich. Duże różnice w porównaniu z Polską?

 

- W Ekstraklasie jest oczywiście lepiej. Trudno dokonać porównania, ale najwyższą ligę polską zestawiłbym z 2. Bundesligą.

 

Cofnijmy się jeszcze na chwilę do twoich początków w piłce. Zaczynałeś w FC. Koln. Trudno było się przebić w takim wielkim klubie?

 

- Zdecydowanie. Było trudno, bo miałem 17 lat. Wiesz jak jest – przychodzi młody i ma ciężko. A tam byli tacy zawodnicy jak chociażby Łukasz Podolski, Maniche, Petit… Piłkarze z dobrym nazwiskiem, którzy mieli już na swoim koncie dużo meczów w Lidze Mistrzów.

 

Ja się jednak cieszyłem, bo dzięki treningom z takimi zawodnikami, ktoś taki jak ja mógł się rozwijać. Najwięcej można było podpatrzeć u wspomnianego Podolskiego i jeszcze u Kevina Kampla.

 

 

Podolski to nie twoja pozycja, ale wiadomo…

 

- Jego umiejętności… Znakomite. Ten strzał lewą nogą. Polacy chyba pamiętają go dobrze z Euro (śmiech).

 

Już wtedy, za czasów juniorskich, rzucano cię na różne pozycje?

 

- Wtedy też występowałem na skrzydłach, ale tylko w ofensywie. Nie cofano mnie jeszcze do obrony.

 

No i zeszłego lata przyszło zainteresowanie Korony.

 

- Trener Lettieri pracował ze mną w MSV Duisburg. Awansowaliśmy tam z trzeciej do drugiej ligi. Potem przyszedł do Korony i zadzwonił, czy chciałbym tu przyjść. Oczywiście jak odszedłem z Duisburga to już nie miałem z trenerem kontaktu, bo wiadomo, że on miał swoją pracę, a ja swoją. Mój agent powiedział mi, jak wygląda sytuacja i czy chciałbym trafić do Korony.

 

Pomyślałem, że skoro rodzice są z Polski, to jest to fajna okazja. Tata się ucieszy!

 

Oferta z Kielc pojawiła się już po tym, jak zapowiedziałeś Hansie, że nie chcesz zostać i planujesz spróbować sił w innym kraju?

 

- Najpierw rozmawiałem wyłącznie w Rostocku. Byłem ich piłkarzem i chciałem postąpić fair, więc na początku miałem kontakt wyłącznie z Hansą. Jak im zapowiedziałem, że nie przedłużę kontraktu, to mój agent zaczął się rozglądać za innymi opcjami. Ja powiedziałem mu tylko jasno, że chciałbym trafić za granicę i żeby nie skupiał się na opcjach niemieckich.



Wspomniałeś już o tacie, więc – no właśnie – kwestia pochodzenia, rodziny. Jak to u ciebie jest z tymi korzeniami?

 

- Ja z moim bratem urodziliśmy się w Niemczech, a cała moja rodzina w Polsce, w Tychach. W domu cały czas rozmawialiśmy po polsku. Po śląsku (śmiech)! Tata i mama nauczyli mnie języka, ale w szkole oczywiście używałem niemieckiego.

 

To czujesz się Polakiem, czy może bardziej Ślązakiem?

 

- Znasz tę piosenkę: „Bo wszyscy Polacy, to jedna rodzina” (śmiech)? Ja nie robię żadnych różnic, czy ktoś jest z Mazur, czy ze Śląska. Dla mnie Polak to Polak. Jak jest w porządku, to wszystko się zgadza. Chociaż mam świadomość, że niektórzy ze Śląska poczuwają się do jakiejś odrębności, ale u mnie tak nie jest.

 

Zatem zanim podpisałeś kontrakt z Koroną, miałeś już dużą wiedzę o kraju.

 

- O samym Kielcach to muszę powiedzieć, że wiedziałem mało. Jak jeździłem na wakacje, to albo na Śląsk, albo nad morze, tam gdzie jest Mielno, Sarbinowo. Moja ciocia wybudowała tam chałupę. Co roku jeździliśmy na zmianę – raz na Śląsk, raz nad morze. Tak czy siak zawsze do Polski.

 

To jaka była reakcja w domu jak powiedziałeś, że przeprowadzasz się z Niemiec do Polski?

 

- Tata i mama byli bardzo zadowoleni. Ale też moja babcia, kuzyn ze Śląska… Wszyscy się cieszyli.

 

Przyjeżdżają na mecze?

 

- Tak, byli już tutaj wszyscy oprócz babcia. Chciała mnie zobaczyć, ale że miałem kontuzję to rozegrałem mało meczów. Okazja się jeszcze pojawi. Tak czy inaczej wpadli do Kielc już moi rodzice, mój brat i moja kuzynka.

 

Moja babcia mieszka 150 kilometrów stąd. Ja już tam u niej byłem i jadłem bigos (śmiech)!

 

Brakowało ci polskiego jedzenia?

 

- Tak, ja je lubię. Kluski na przykład! Bigos! Takie rzeczy… Pytałem się chłopaków w szatni, gdzie znajdę dobry bigos. Oni mi odpowiedzieli, że w restauracji nie zrobią takiego jak w domu i żebym najlepiej pojechał do babci na Śląsk i kazał jej ugotować (śmiech).

 

Wyłączając kwestię kontuzji, bo wiadomo, że tego nie da się zaplanować, to uważasz, że decyzja o przejściu do Korony była trafna?

 

- Sądzę, że tak. Muszę jednak powiedzieć, że na początku było ciężko. Wszystko stanowiło nowość. Co innego pojechać do babci na wakacje, a co innego tutaj żyć i pracować. Dla mnie to było nowe. Chciałem grać w piłkę za granicą i zdawałem sobie z tego sprawę. Minął miesiąc i wszystko się fajnie ułożyło.

 

Oczywiście trzeba pamiętać, że łatwiej się zaaklimatyzować w Polsce, niż jakbym poszedł na przykład do Turcji. Tam jest cała inna kultura, mentalność. Tutaj rozumiem język i trochę nawet w nim mówię, więc inna bajka.

 

Oprócz trudności osobistych, na początku były także te drużynowe. Nowy zespół musiał się odnaleźć pod wodzą trenera Lettieriego.

 

- Zgadza się. Dla mnie to jednak nie były jakieś nowe rzeczy. Znałem trenera i wiedziałem, że on prowadzi drużynę silną, mocną ręką. Tak też zawsze było w Niemczech.



Koledzy z Korony, którzy nie znali trenera Lettieriego, podchodzili do wszystkiego pewnie mniej ufnie. Starałeś się wtedy coś podpowiedzieć w szatni, uspokoić?

 

- Czasami rozmawialiśmy i mówiłem: „Chłopaki, spokojnie, ja go znam i on się nie zmienił. Taki jest i taki będzie”. Wiedziałem jednak i im to powiedziałem, że jeśli zaufa się trenerowi i za nim pójdzie, to będziemy mieli dużo radości.

 

To na koniec jeszcze pytanie o twój język – mówisz wyraźną śląską gwarą. Koledzy z szatni bardzo z tego żartują?

 

- Tak, czasami tak (śmiech). Ale lubię takie żarty, nie mam problemu. Moja rodzina rozmawia gwarą, chociaż babcia oczywiście też umie normalny polski, bo chodziła tu do szkoły. W domu cały czas używamy śląskiego, ale gdy babcia idzie do sklepu, to zawsze się przestawia. Mój tata z kolei umie polski, ale nie używa. Jeśli ma okazję, to mówi po śląsku.

 

Więc generalnie jakie plany na wiosnę? Finał Pucharu Polski, pierwsza ósemka i talerz dobrego bigosu?

 

- Możesz tak napisać! (śmiech)

Strefa sponsora

Sponsorzy główni
Sponsorzy
Patroni medialni
Zamknij
Zamknij
Zamknij

Szanowni Państwo, Nasza strona używa plików cookies w celu ułatwienia Państwu korzystania z naszego serwisu i w celach statystycznych. Korzystając ze strony wyrażają Państwo zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Aby dowiedzieć się o celu ich używania i zmianie ustawień cookies w przeglądarce zapoznaj się z polityką cookies Polityka prywatności Akceptacja