Promo banner
Sponsor Miasto Kielce

| Wywiad

Rozmawiał Krzysztof Węglarczyk

Dzięki temu co przeszedłem, dziś doceniam wszystko co mam

Historia Łukasza Kosakiewicza pokazuje, że człowiek nigdy nie może się poddawać. 28-latek w swojej karierze grał już niemal na każdym szczeblu rozgrywek. Od A-klasy dotarł aż do Ekstraklasy. 28-letni zawodnik opowiedział o swojej inspirującej przygodzie, która mimo wielu zakrętów, ma swoje szczęśliwe zakończenie w Koronie Kielce. Jak sam podkreśla: - Ciężka praca i wiara w samego siebie może zaprowadzić do sukcesu. Zapraszamy do obszernej lektury!

 

Twoja niedawna kontuzja pechowo zbiegła się w czasie z wyjazdem ligowym w rodzinne strony.

 

– Bardzo szkoda, że nie zagrałem w Szczecinie. Tym bardziej, że to moje okolice. Mam dużo znajomych wśród kibiców Pogoni. Wielu z nich do mnie pisało. Nawet ci najbardziej zagorzali nie mogli doczekać się mojej wizyty. Planowałem załatwić też większą pulę biletów dla rodziny, ale uraz mnie wyeliminował z gry i musiałem się z tym pogodzić.

 

 

 

Tam zaczynałeś swoją przygodę z futbolem.

 

– Urodziłem się w Szczecinie, ale w wieku 3 lat przeprowadziłem się do Gryfina. To miasteczko położone 20 km dalej. Moim pierwszym klubem był miejscowy Energetyk, ale wróciłem do miasta, kiedy miałem 14 lat. Grałem w kadrze wojewódzkiej i trener naciskał na chłopaków, żeby iść tam do szkoły mistrzostwa sportowego. Ja byłem zdecydowany, żeby spróbować swoich sił. Dostałem się w pierwszym naborze. Cenna lekcja życia, bo w młodym wieku opuściłem dom i musiałem się usamodzielnić. Na pewno w jakiś sposób mnie to ukształtowało.

 

 Ponoć niebezpiecznie było w okolicy twojego gimnazjum.

 

– Mieszkałem w internacie w Szczecinie. To była dzielnica, gdzie ostrzegali nas, aby nie opuszczać wieczorem miejsca zamieszkania, bo można było dostać po głowie. Rzeczywiście przytrafiały się jakieś ekscesy: ktoś został uderzony, albo grożono mu, ale nie działo się to bardzo często. Przez dwa lata miałem jedną taką historię, ale na szczęście dobrze się skończyła.

 

Typowo. Jakaś grupka starszych chłopaków miała do nas problem. Na szczęście byliśmy z kolegą w sklepie i jakoś się to rozeszło. Szybko się zawinęliśmy. Wiadomo, że jak w wieku piętnastu lat widzisz gości o dwie głowy wyższych, to nawet nie ma sensu stawianie się i ryzykowanie (śmiech).

 

Dobrze świadczy o szkole, jeśli wyszli z niej przyszli piłkarze Ekstraklasy oraz reprezentant Polski.

 

– Grzegorz Krychowiak? Tak, był tam. W internacie mieszkał w pokoju obok. Na co dzień ze sobą trenowaliśmy, a w piątki rozjeżdżaliśmy się do domu. Wciąż byłem zawodnikiem Energetyka i w weekendy grałem z drużyną w ligowych rozgrywkach. Z moją szkołą związana była Stal Szczecin, ale niektóre kluby robiły problemy i nie puszczały swoich zawodników. W tamtych czasach Gryfino nie wyraziło chęci, aby mnie oddawać. Po gimnazjum nie było płynnego przejścia do liceum, więc wróciłem do ogólniaka w rodzinnym mieście. Każdy poszedł w swoją stronę i klasa się rozmyła.

 

Policzyłem, że w tym roku obchodzisz mały jubileusz, bo to już twój dziesiąty sezon w seniorskiej piłce.

 

– Wiadomo, że w niższych klasach rozgrywek jest inaczej, natomiast gra w seniorach przyszła mi raczej z łatwością. Pamiętam swój debiut pod koniec sezonu IV ligi – miałem 17 lat. Przed startem kolejnego, drużynę przejął mój trener z juniorów, Marek Minkwitz. Podczas przygotowań powiedział, że chciałby sprawdzić mnie na innej pozycji. Grałem w ataku. W lidze wojewódzkiej strzelałem zawsze ponad 20 bramek,  więc powiedziałem, że nie ma problemu. Byłem pewien, że chodzi mu o skrzydło. Przed nami sparing z nie byle kim – wówczas pierwszoligową – Flotą Świnoujście. Patrzę na skład, a ja na lewej obronie. Lewej obronie, kiedy ja jestem prawonożny! Szok. Pierwsza myśl – nie poradzę sobie.

 

Mecz był taki, że stałem dwa metry z przodu, albo z tyłu. Nie potrafiłem trzymać linii. Napastnik skupia się na spalonym i stara się wziąć piłkę na siebie, a tutaj musiałem nagle patrzeć na ustawienie swoich kolegów w defensywie, obserwować rywala i całe boisko. Totalna nowość, ale ponoć nie wypadłem najgorzej. Po czasie, ta pozycja już została, tylko zmieniłem stronę na prawą. Tam zacząłem sezon, który był dla mnie bardzo udany. Dokładnie nie pamiętam, ale strzeliłem chyba szesnaście bramek – byłem też wykonawcą karnych – dołożyłem kilka asyst i zrobilibyśmy awans.

 

Sezon 2008/2009. 18-letni Kosakiewicz podczas wyjazdowego meczu ze Stalą Szczecin. Energetyk wywalczył wówczas awans do 3. ligi; fot. Kamil Miler

 

 

 

I pojawiły się pierwsze zainteresowania poważnych klubów.

 

– Zaczęło się od Lechii, która grała na najwyższym szczeblu. Miałem trenować z pierwszym zespołem, ale początkowo grać w Młodej Ekstraklasie. Przyszła do klubu informacja, że mnie zapraszają na testy, bo wyczaił mnie jakiś skaut. Byłem młody i zajarany, więc pojechałem zobaczyć jak będzie. Przekazali mi, że z szerokiego grona zostało trzech zawodników, w tym ja. Chcieli mnie, ale musieli załatwić to  między klubami. Załatwili tak, że wróciłem do Gryfina, ponieważ ponoć chciano za mnie bardzo duże pieniądze.

 

Trener Minkwitz zrobił awans z Energetykiem i odszedł do Regi Trzebiatów.  Tak męczył prezesa, że mnie w końcu sprzedali. Wówczas – jeśli dobrze pamiętam – za 10 tysięcy złotych przeszedłem do klubu z III ligi. Wiedziałem, że przy tym trenerze się rozwijam i mogę coś osiągnąć, dlatego mnie również zależało, aby ten transfer doszedł do skutku.

 

Później chciała cię u siebie Pogoń Szczecin, która grała na zapleczu Ekstraklasy.

 

– To była bardzo długa historia, choć takich testów nie życzę nikomu (śmiech). Przez trzy miesiące trenowałem z pierwszą drużyną, a ostatecznie mi podziękowano. W listopadzie zorganizowali test mecz. Zaproszono 20 wyróżniających się piłkarzy z Polski. Grało się między sobą, albo z zespołem Pogoni. Wpadłem w oko i zaproszono mnie na zajęcia. Co prawda wtedy było to już w okresie roztrenowania, ale od nowego roku zaczęły się obozy przygotowawcze i byłem z chłopakami na obu. Miałem też jechać z drużyną do Turcji. Mój paszport był nieważny, ale Pogoń pomogła mi przyspieszyć proces wydania nowego. Liczyłem bardzo na ten obóz i kontrakt. Praktycznie codziennie wypytywałem jak wygląda moja sytuacja i wciąż mi mówiono, że mnie chcą. Ta cała sprawa przeciągała się bardzo długo. W połowie lutego, z dnia na dzień dowiedziałem się, że jednak rezygnują.

 

Moim największym problemem było to, że nie miałem agenta. Byłem młodym zawodnikiem, podekscytowanym testami w dużym klubie. Błędem było nie posiadanie osoby, która zadbałaby o moje interesy. Agent pewnie dogadałby mój kontrakt, albo nie pozwolił być tak długo sprawdzanym.

 

fot. Kamil Miler

 

Który 20-latek z trzeciej ligi miał wówczas agenta?

 

– Dokładnie. Pewnie nieliczni. Tak czy inaczej byłem załamany. Myślałem: jest połowa lutego! Kurde, gdzie ja teraz znajdę klub. Ponadto Rega, z której poszedłem na testy do Pogoni, była w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Wręcz miała się rozpaść. Nastąpiła zmiana władzy i cięcia kosztów. Każdy szukał sobie klubu, bo liczono się ze spadkiem i rozpoczęciem nowego sezonu od A-klasy, co później faktycznie miało miejsce.

 

Wtedy w Pogoni był jeszcze trener Gołubowski, który zadzwonił do mnie i powiedział na pocieszenie, żebym się nie martwił, bo on pomoże mi znaleźć klub w co najmniej drugiej lidze. Skontaktował się z Czarnymi Żagań, gdzie szkoleniowcem był wówczas Zbigniew Smółka – dziś Arka Gdynia – i polecił mnie. Miałem pokazać się z dobrej strony w sparingu, a zaproponują mi kontrakt. Oczywiście nie obyło się bez problemów, bo Rega nie chciała mnie puścić. Ostatecznie udało się pójść na wypożyczenie. Byłem tam pół roku, lecz był to okres bez fajerwerków. Wróciłem do Gryfina.

 

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

 

– Bywało różnie. Raz płacili, innym razem nie. Stwierdziłem, że jestem młody, wrócę do domu i poszukam nowego klubu. Odezwali się do mnie z Gryfina, gdzie były w miarę dobre pieniądze, jak na czwartą ligę. Energetyk chwilę wcześniej spadł i miałem pomóc w awansie. Tak też się stało. A później…

 

"Kosa" jako kapitan Energetyka. W sumie rozegrał w rodzimym klubie 111 spotkań w drużynie seniorów;  fot. Kamil Miler

 

 

…przejście z III ligi do A-klasy, co na papierze wgląda co najmniej dziwnie.

 

– Historia wyszła nieciekawa, bo rzeczywiście na pół roku trafiłem do A-klasy. Po awansie z Energetykiem obiecano nam większą pulę pieniędzy. Graliśmy dobrze w III lidze, zajmowaliśmy 5. miejsce w lidze. Pod koniec listopada poinformowano drużynę, że będą cięcia w pensjach. Każdemu odejmą około 30-40 procent zarobków. Zawodnik, który zarabia mniej, nie odczuje tego tak bardzo, jak ten, który zarabia więcej. Nie mogłem się pogodzić, gdy taka sytuacja wyszła nagle, tym bardziej że w grudniu rodziło mi się dziecko. Powiedziałem włodarzom, że jeśli tak jest, to ja nie chcę grać w tym miejscu i zacznę szukać klubu. Byłem w dobrej formie. Nie chciałem jednak daleko wyjeżdżać. Zależało mi na tym, aby być blisko, bo lada moment miałem zostać ojcem.

 

Odezwał się do mnie gość, który miał sporo znajomości. Wiedział, że odchodzę i chciał mi pomóc z klubem. Niby w grze była – wciąż pierwszoligowa – Flota Świnoujście. Na początku roku miałem jechać na testy, ale w ostatniej chwili je odwołano. Odrzucałem swoje nagrane tematy, bo czekałem na coś większego. Rozgrywki ruszały za chwilę, a ja wciąż nie miałem pracodawcy. Ten człowiek zaproponował mi, abym najbliższe pół roku spędził w jego klubie w A-klasie, jeśli nie znajdę nic innego. W ogóle mi się to nie uśmiechało, chociaż dużo słyszałem o tym miejscu. Profesjonalna drużyna w tej lidze? Nie do uwierzenia.

 

A było profesjonalnie?

 

– Wiem, że to brzmi niecodziennie, ale wyobraź sobie, że wchodzę na trening, a tam analiza. Przyjeżdżał do nas trener Misiura, który w Pogoni prowadził wówczas kobiety. Zimą trenowaliśmy na sztucznych murawach, wynajmowanych przy stadionie „Portowców”. Dwa razy w tygodniu pojawiał się trener od przygotowania fizycznego. Fachowiec, który później również trafił do Pogoni. Właściciel spotykał się z nami i pytał czego nam potrzeba. Lubię się zdrowo odżywiać, dbam o dietę, więc mówiłem co jest potrzebne. Nie brakowało w klubie odżywek. Ten gość był mocno zajarany prowadzeniem klubu i dołożył wszelkich starań, żeby wszystko wyglądało poważnie.

 

To był mocny poziom trzecioligowy. Do Hetmana zostali sprowadzeni piłkarze z tej ligi. Byli też zawodnicy z czwartej, czy okręgówki, ale siadali na ławce. Nie była to więc drużyna, która przychodziła po piwku pograć w piłkę.

 

Nie miałeś obaw, że przepadniesz w tej lidze?

 

– Przemyślałem sytuację i stwierdziłem, że mogę tam iść na pół roku. Mocno stąpałem po ziemi. Znałem swoje możliwości i wiedziałem, że jeśli będę dalej prowadził się w ten sposób, to nie zaginę. Miałem pewność, że sobie nie odpuszczę. Jedyne obawy związane były z tym, że nikt nie będzie patrzył na mnie tak, jak wtedy, gdy grałem choćby w trzeciej lidze. Jednak tak potoczyła się moja droga i musiałem sobie z tym poradzić.

 

 

 

Żałujesz tego wyboru?

 

– Szczerze? Z perspektywy czasu w ogóle nie żałuję. Dużo osób myślało, że tak jak powiedziałeś – przepadnę. To fizycznie nie był stracony czas. Treningi i cała otoczka była na wysokim poziomie, choć wiadomo, jak grało się na wioskach w A-klasie. Dzięki temu, czego doświadczyłem, bardzo doceniam to, co mam teraz. Wiem, gdzie przez chwilę byłem, wiem jak to wygląda.

 

Taka jest właśnie piłka nożna - jesteś u góry, a chwilę później możesz być na dole. Niektórzy mają do tego łatwość – byli w szkółce najlepszych akademii w Polsce, zostali wychowani, przeszli do seniorów i zadebiutowali w Ekstraklasie. Ja począwszy od dzieciństwa, przez piłkę juniorską, zawsze musiałem walczyć i teraz naprawdę bardzo cieszę się z miejsca, w którym jestem i co osiągnąłem. Nie przyszło mi to banalnie.

 

Wydaje mi się, że taką postawą dużo wygrywasz.

 

–  Myślę, że nie zmieniłem się jako człowiek. Gadam z moimi kumplami, którzy mówią: „najfajniejsze jest to, że nie obrosłeś w piórka, bo z piłkarzami bywa różnie”. Kiedyś się nad tym zastanawiałem. Grając w piłkę spotkałem naprawdę wielu ludzi, którzy mogli mnie czegoś nauczyć i to oni mogliby odgrywać gwiazdy. Weźmy takie Chojnice. Wchodzę na zajęcia, a tam Paweł Golański. O kim powiedzieć Pan Piłkarz, jak nie o nim? Gość grał w Lidze Mistrzów, w reprezentacji Polski i nawet na treningu robi różnicę. Jeśli ktoś mógłby się obnosić przez wzgląd na własną karierę to właśnie on. A było wręcz przeciwnie. Mega pozytywny, normalny facet. Po treningu zawsze zostawał, podpowiadał, miał duży luz. Z nim i z Hermim (Hermesem – przyp. red), który był drugim trenerem, spędziliśmy po zajęciach godziny grając w poprzeczki (śmiech).

 

fot. Włodzimierz Sierakowski

 

 

Ładną tam miałeś kolonię Koroniarzy.

 

– Pamiętam tę Koronę z Hermesem i Piechną z czasów w Ekstraklasie. A przecież w Chojnicach był też Tomek Lisowski, czyli jedna z twarzy „Bandy Świrów”. Też bardzo pozytywny, normalny gość, który kupę lat grał w Ekstraklasie. Z Koroniarzy w Chojnicach mieliśmy też Pawła Zawistowskiego - mega inteligentny człowiek.

 

Dobre wzorce! Zastanawiam się jednak, czy w twojej głowie pojawiło się kiedykolwiek zwątpienie? Od A-klasy do I ligi była przed tobą jeszcze długa droga. Nie wierzę, że odwiedzając kolejnego boiskowego pastwiska i ściskając się w szatni, która może pomieścić co najwyżej pięć osób, nie pomyślałeś, że to wszystko jest bez sensu.

 

– Kiedyś przebieraliśmy się w autach, bo budynek klubowy groził zawaleniem (śmiech). Wiem do czego zmierzasz. Miałem momenty zwątpienia. Myślałem o tym, że albo mam ogromnego pecha, albo coś ze mną jest nie tak. Daję z siebie maksa, robię wszystko jak trzeba, a zawsze coś staje na przeszkodzie. To jasne, że takie myśli się pojawiają. Ciągle jednak wracałem do tego, co mówił mi jeszcze w grupach juniorskich trener Minkwitz, którego bardzo szanuję. Wielu szkoleniowców czegoś mnie nauczyło, ale on wpoił mi wiarę w siebie. Nieustannie powtarzał, że ciężką pracą coś osiągnę. Nie mówił, że jak będę trenował na sto procent, to obleję się trofeami, zagram w Ekstraklasie, czy Lidze Mistrzów.  Nie mydlił bańki, że nic nie muszę robić, a zagram na wysokim poziomie.

 

Wystarczyły te słowa: „ciężką pracą coś osiągniesz”. Zawsze w to mocno wierzyłem. Powtarzałem sobie, że jestem tytanem pracy. Robię to do dziś. Miałem umiejętności, żeby grać w piłkę, ale wiedziałem, że muszę to poprzeć konsekwentną pracą, która pchnie mnie dalej.

 

Nie zatrzymywały cię pokusy tamtych miejsc? Wiesz z czym kojarzą się niższe ligi - piweczko, grill, kiełbaska. Proste życie jest kuszące.

 

– Bardzo pomogła mi zajawka na zdrowe odżywianie i sport. Jak zacząłem grać w trzeciej lidze, to wiedziałem, że muszę postawić na zdrowy tryb życia i dbanie o siebie. Trener ustalił nam diety, mówił, co możemy jeść.

 

 

 

Dzisiaj siłownia i dieta są modne, ale w tamtych czasach wcale nie były takie oczywiste.

 

– To nie było popularne. Siłowni nie oblegała masa osób. Ja wzorowałem się na topowych piłkarzach. Zacząłem interesować się dbaniem o sylwetkę i dietą. Po czasie wiedziałem, co jest mi potrzebne, aby stać się jeszcze lepszym. Byłem w tym wszystkim samoukiem – analizowałem, czytałem w Internecie, jak to powinno wyglądać. Gdybym zaczął karierę w tej chwili i miał aktualną wiedzę, to praca na siłowni byłaby skuteczniejsza. Robiłem ćwiczenia, które piłkarzowi niekoniecznie są potrzebne.

 

Z dietą nie miałem problemu – lubię gotować, więc nie było mi obce, żeby coś upichcić. Wiedziałem od zawsze, że sportowcom jest ona potrzebna.

 

 

 

Ale piwko, kiełbaska na trybunach w A-klasie i masa różnych epitetów z trybun, to już chyba proza życia.

 

– Z Hetmanem Grzybno zrobiliśmy wtedy awans, więc feta była naprawdę fajna (śmiech). Przyszedłem, gdy byli na trzecim miejscu, ale ostatecznie wygraliśmy ligę. Ciekawe chwile. Ten klub stał się w pewnym momencie bardziej medialny i spora ilość osób przychodziła na mecze. Mam dobre wspomnienia i nie wstydzę się tego, że tam byłem. Kiedy ktoś mnie o to pyta, nie zmieniam tematu. Taką drogę musiałem po prostu przejść. Nie rozpamiętuję, żyję teraźniejszością. Najwidoczniej taki etap miał się pojawić w moim życiu.

 

118 goli robi wrażenie. Sam Kosakiewicz w 11 meczach zdobył 13 bramek; źródło: 90 minut.pl

 

 

W niższych ligach ludzie często łączą grę w piłkę ze zwykłą pracą? Byłeś w stanie w tamtych czasach utrzymać się tylko z futbolu?

 

– Były kluby, w których zawodnicy poza graniem pracowali. Na szczęście nigdy nie musiałem harować fizycznie po 8 godzin dziennie, a potem iść na trening. Jako młody piłkarz miałem sporo czasu, więc niekiedy dorywczo pracowałem, na przykład jako przedstawiciel. Nie mogłem narzekać, bo grałem w piłkę, a kasa w miarę wystarczała, żeby żyć z miesiąca na miesiąc. Nigdy nie miałem też jakichś wielkich wymagań i oczekiwań. Bez większych problemów wiodłem zwykłe życie.

 

W polskiej piłce coraz modniejsze staje się sięganie po piłkarzy z zaplecza Ekstraklasy. Sam jesteś tego przykładem, a zarazem ekspertem. Jak sądzisz? Są tam ludzie, którzy z marszu poradziliby sobie w naszej najwyższej lidze?

 

– Jest bardzo dużo chłopaków na zapleczu, którzy mogliby grać w Ekstraklasie. Myślę, że w drugiej lidze też znalazłoby się wielu. Na przykład nasza drużyna Błękitnych Stargard. To była najbardziej zgrana ekipa, w jakiej kiedykolwiek grałem. Mieszanka młodości i doświadczenia. Niesamowita paka, gdzie wszystko świetnie funkcjonowało.

 

Płynnie przechodzisz do tematu, w który właśnie chciałem się zagłębić. To niesamowite, co robiliście wtedy w Pucharze Polski.

 

– Nie zapomnę meczu z Lechem u siebie, gdy przegrywaliśmy 0:1, a potrafiliśmy po przerwie strzelić trzy bramki! Gdyby nie moja czerwona kartka w rewanżu, to wydaje mi się… Chociaż nie. Jestem pewien, że gralibyśmy w finale.

 

Hola, hola. Od początku. Wiem, że o samej końcówce tej przygody w półfinale na pewno rozmawia ci się ciężko, ale cała historia jest naprawdę niesamowita. Uporządkujmy. Jak trafiłeś do Błękitnych?

 

– Tego okresu w Błękitnych nie zapomnę do końca życia. Jak tam trafiłem? Byłem w Hetmanie. Zadzwonił do mnie Łukasz Woźniak, który prowadził Drawę Drawsko i namawiał: „chodź do mnie, kleimy fajną ekipę w trzeciej lidze”. Zgodziłem się. W rundzie jesiennej zrobiliśmy pierwsze miejsce i byłem wiodącą postacią. Zgłosił się po mnie szkoleniowiec Błękitnych i przeszedłem do drugiej ligi.

 

Wejście na poziom centralny to duży przeskok sportowy?

 

– Z trzeciej do drugiej ligi? Nie. Wywalczyłem po czasie miejsce w składzie i raczej byłem podstawowym zawodnikiem. Tak zaczęła się historia w pucharze. Na start nowego sezonu, rundę wstępną zaczęliśmy w Ozimku z Małapanewem (zwycięstwo 6:1 – przyp red.), potem wygraliśmy 3:1 z Siedlcami. W rozgrywkach głównych na start pokonaliśmy 1:0 Chojniczankę z pierwszej ligi i zrobiło się o nas głośno. Kolejno przeszliśmy na wyjeździe Gryf Wejherowo (wygrana Błękitnych 2:1 – przyp. red.), ale emocje to były dopiero z Tychami! Przegrywaliśmy 1:2, wyrównaliśmy, a w końcówce strzeliliśmy na 3:2. Na trybunach zrobił się szał. Wtedy chyba uwierzyliśmy w siebie bardzo mocno.

 

Po przejściu Cracovii staliście się najpopularniejszą drużyną w Polsce. Ludzie zawsze będą kibicować Kopciuszkowi.

 

– Wygraliśmy u siebie i na wyjeździe po 2:0. To nie był przypadek. Aż do starcia z Tychami każdy mógł powiedzieć, że mieliśmy fart i sprzyjał nam dzień. Wtedy jednak udowodniliśmy, że zasłużyliśmy na najlepszą czwórkę w pucharze. Rzeczywiście mnóstwo było takich sytuacji, gdzie jechaliśmy na mecz, a ludzie mówili: „O, to wy, Błękitni! Kibicujemy wam!” To były przyjemne chwile popularności (śmiech).

 

Dwumecz z Lechem to ogromna sinusoida wrażeń.

 

– W pierwszym meczu wygraliśmy 3:1, mimo tego, że do przerwy było 0:1. Mnie udało się nawet strzelić bramkę. Zaczęto mówić, że jesteśmy pretendentem do finału. Moim zdaniem najważniejsze było to, że każdy zawodnik w naszej szatni po prostu wierzył w ten pojedynek na Stadionie Narodowym. Nie było tak, że schodziliśmy po spotkaniu i mogliśmy mówić o wielkim szczęściu. Widzieliśmy co robimy na boisku, nikt nie wmówiłby nam, że to przypadek. Moim zdaniem graliśmy bardzo dobrze, a efektem były kolejne szczeble rozgrywek pucharowych.

 

(po chwili ciszy Łukasz bierze głęboki wdech): - Niestety w rewanżu te kartki… Dla mnie one były kuriozalne. Najpierw strasznie naciągana. Nie zapomnę tamtego zdarzenia. Keita wsadził mi palca w oko, padłem na glebę. Podnoszę się, a sędzia najpierw mnie daje żółtą kartkę, a później jemu. Wytłumaczył mi, że go sprowokowałem. W jaki sposób? Bo pobiegłem za nim w trakcie akcji próbując przejąć piłkę? Później kartka po faulu. Fakt, wszedłem na dupie wyprostowaną nogą, ale nie faulowałem. Trałka wykonał to bardzo inteligentnie, zrobiłem ruch. co wykorzystał. Zmyślne. Mimo tego, że go nie sfaulowałem, to sędzia mnie wyrzucił mnie z boiska.

 

Zejście do szatni w takim momencie, to chyba najcięższy moment w karierze.

 

– Pamiętam i nie zapomnę, jaką miałem w sobie złość schodząc do szatni. Najbardziej było mi szkoda chłopaków, kiedy ich opuszczałem. Wygrywaliśmy wtedy 1:0, a oni musieli poradzić sobie w dziesięciu. Trzymałem za nich kciuki ze wszystkich sił. Wiedziałem, że ja w finale nie zagram, ale nie patrzyłem wtedy na siebie. Tej drużynie po prostu należał się ten mecz na Narodowym. Kownacki strzelił gola na 3:1, co zapowiadało dogrywkę. Wiadomo, że jak z Lechem grasz w osłabieniu przez godzinę, to jest ciężko. Tym bardziej, że na „Kolejorzu” ciążyła ogromna presja. Gdyby oni z nami odpadli, to nie wiem, co kibice by z nimi zrobili.

 

Co czułeś przed pierwszym gwizdkiem tego meczu? Chwilę przed największą batalią w swojej karierze, na tak okazałym stadionie, jak ten w Poznaniu?

 

– Emocje były ogromne, ale zero strachu. Byłem bardzo pozytywnie nabuzowany, tym bardziej że w pierwszym meczu wygraliśmy 3:1. Ponadto, to był mój debiut na tak dużym stadionie. Na trybunach pojawiło się  około 20 tysięcy osób. Podekscytowany odliczałem moment do pierwszego gwizdka i powtarzałem sobie, żeby już tylko zacząć ten mecz. Zero myśli typu: „Boże, żebyśmy tylko nic nie zepsuli”. Przeciwnie! Każdy był napędzony, a po tej bramce dla nas na 1:0 byłem pewny, że jeśli bym grał do końca, to my nie oddalibyśmy tego awansu.

 

źródło: Łączy nas piłka

 

 

Długo dochodziłeś do siebie?

 

– To jest takie uczucie… Nie do opisania. Jeszcze, gdy schodzisz w takim momencie! Zupełnie inaczej, jeśli opuszczasz kolegów w 85. minucie i na przykład przegrywamy. Wtedy wygrywaliśmy i dostałem drugą żółtą… Dużo osób mnie potem pocieszało, bo wiedzieli, że to nie było sprawiedliwe. Co chwilę o tym myślałem. Przez co najmniej tydzień nie mogłem zasnąć. Wiedziałem, że to była nasza życiowa szansa, która może się nigdy więcej nie powtórzyć.

 

W zanadrzu była jeszcze liga. Otarliście się o awans na zaplecze Ekstraklasy.

 

– Dokładnie. Musieliśmy jak najszybciej wrócić do żywych. Walczyliśmy o miejsce w pierwszej trójce premiowane awansem. Skończyliśmy na 5. miejscu ze stratą 2 punktów do trzeciej pozycji. Wydaje mi się, że gdyby nie puchar to znaleźlibyśmy się w tym gronie. Trener w lidze dużo odpuszczał.

 

Co stało się z tą drużyną? W Ekstraklasie jesteś jedynym przedstawicielem tamtej ekipy.

 

– Bartek Poczobut gra w pierwszoligowym GKS-ie Katowice. Ariel Wawszczyk był już jedną nogą w Cracovii. Koniec końców kluby się nie dogadały. Przeszedł do Podbeskidzia, potem Chrobrego i jest teraz w Olimpii Grudziądz. Od tamtej chwili dużo się zmieniło z Błękitnych. Teraz to już inna drużyna.

 

To co stało się w półfinale Pucharu Polski w barwach Błękitnych można porównać z emocjami po półfinale z Arką, kiedy byłeś już zawodnikiem Korony?

 

– To już inny ciężar gatunkowy. W Koronie byłem bardziej dojrzałym emocjonalnie piłkarzem, gdy łatwiej sobie w takich chwilach radzić. Grając na poziomie Ekstraklasy musisz być psychicznie przygotowany na problemy i presję, a przynajmniej ja tak teraz do tego podchodzę. Wiadomo, że jak się wygrywa, to jest super, ale porażki też przyjdą, jak w każdym sporcie i trzeba to udźwignąć. Po tym półfinale w Gdyni też nie spałem przez długi czas, bo w drugiej połowie miałem szansę na gola. Gdybym strzelił, może ten mecz wyglądałby zupełnie inaczej. Była we mnie ogromna złość sportowa, bo byliśmy blisko.

 

Natomiast wtedy w Stargardzie stworzyliśmy historię, która była jak film. Bajka, z której się nie budzisz. Po tym meczu cały czas były we mnie takie emocje… jakbym spadł ze skały. Jesteś ciągle u góry i nagle lecisz w dół tracąc wszystko. Trafiasz z nieba do piekła. Jesteś w szoku i niedowierzasz. Nie byłem gotowy na tamtą kartkę, a w piłce musisz spodziewać się wszystkiego. Tamta sytuacja mnie tego nauczyła.  Jeśli odniesiesz porażkę, to musisz zrobić wszystko, aby było ich potem jak najmniej. Wyciągasz wnioski i gnasz do przodu. Jeśli rozmyślasz o negatywnych rzeczach z przeszłości, to źle wróży.

 

Jak przeszedłeś do Korony to wreszcie odetchnąłeś z ulgą?

 

– Zaczynając przygodę z piłką, zawsze mówiłem, że moim celem jest granie w Ekstraklasie i zrobię wszystko, aby to zrealizować. Nie zapomnę dnia, w którym podpisałem kontrakt w Kielcach. Powiedziałem sobie: Łukasz, ciężką pracą mogłeś to osiągnąć! Dużo rozmawiam z moimi kolegami i dochodzimy do wspólnych wniosków, że trzeba mieć szczęście w piłce. Nie da się oszukać tego, że musisz mieć umiejętności, ale też znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie. Jak fart ci dopisze, a do tego dołożysz wysiłek i pracę, to można zajść wysoko.

 

Poczekaj… Przez całą twoją opowieść po głowie chodzi mi myśl, że byłeś wielkim pechowcem, który w końcu dzięki wytrwałości dopiął swego. Cały czas miałeś pod górkę, a ty mi mówisz, że miałeś szczęście?!

 

– Widzisz, to jest tak, jak w tym powiedzeniu, że karma wraca. Jeśli coś robisz dobrego, to życie ci odda.

 

Trener Leszek Ojrzyński mawiał, że suma szczęścia i pecha zawsze jest równa zeru.

 

– Podpisuje się. Zawsze równa zeru! Właśnie tak jest. Ja ten fart miałem, ale było przecież wielu takich jak ja – posiadali umiejętności i charakter, ale zabrakło właśnie tego pierwiastka - szczęścia. Mnie mimo wielu zakrętów się udało.

 

Patrząc na to, jak wygląda twoja historia, ciężko mówić już w tym momencie o happy endzie. Może to dopiero początek?

 

– Uważam grę w Ekstraklasie za bardzo duży sukces. Do tego dążyłem. Wiadomo, że apetyt rośnie. Kiedy tutaj przychodziłem, myślałem sobie, żeby tylko mieć jakieś występy i minuty w Ekstraklasie na początku. Tak się złożyło, że debiutowałem już w pierwszym meczu. Nagle w 10. minucie bez rozgrzewki trener mnie przywołuje do zmiany, bo Dani Abalo złapał kontuzję. Z jednej strony to było dobre, bo nie rozmyślałem. Gdybym był wcześniej powołany do pierwszego składu, to skupiałbym się nad tym, żeby wyszło dobrze, bo chcesz zagrać jak najlepiej w pierwszym meczu. Nie było presji. Wówczas przegraliśmy, ale zebrałem chyba pozytywne recenzje.

 

Odbiłeś sobie porażkę tydzień później.

 

– Pojechaliśmy na Legię, gdzie strzeliłem bramkę i zagrałem dobry mecz. Uwierzyłem w tamtej chwili, że można. Nie zdajesz sobie sprawy, jak dużego i pozytywnego kopa do dalszej pracy dała mi ta chwila. Przypomniałem sobie, że przecież niedawno biegałem po boiskach w III lidze, a teraz przy Łazienkowskiej strzelam mistrzowi Polski ładnego gola. Niesamowity moment.

 

Było blisko, abyś swój debiut w Ekstraklasie zaliczył w żółto-czerwonej koszulce, ale będąc piłkarzem Jagielloni a nie Korony.

 

– Grając w Chojnicach przez ostatnie pół roku też działo się wiele. Trener Probierz zadzwonił z Białegostoku i miałem przejść z lidera pierwszej ligi do lidera Ekstraklasy. To był dla mnie mega szok. W Chojnicach poczułem, że skoro chcą mnie w Ekstraklasie, to mogę być piłkarzem, tylko jeszcze trochę muszę dokręcić śrubę i pracować mocniej. Widziałem po sobie, że to możliwe. Nie byłem gościem od grania ogonów, a podstawowym zawodnikiem, który regularnie notuje dobre występy. Była we mnie duża radość i motywacja. Z pierwszej ligi zostawał mi już tylko jeden krok do Ekstraklasy.

 

W Chojnicach pierwszy sezon może nie był jeszcze tak udany, ale w drugim otarliśmy się o awans, bijąc się o niego z Górnikiem do ostatniej kolejki. Dlatego nie chcieli mnie puścić z Chojniczanki do „Jagi”. Włodarze pertraktowali bardzo długo. Zaproponowano jedną cenę, w Białymstoku ją przyjęli, więc szybko pojawiła się nowa propozycja z wyższą kwotą. I tak ciągle. W końcu to musiało zostać przerwane.

 

Był już moment, gdy dostałem info, że mam się pakować i czekać na wyjazd. Dostałem nawet info od kumpla – Damiana Podleśnego z Lechii – że jego drużyna spotkała się na lotnisku z Jagiellonią i był mój temat. Miałem do nich dołączyć na zagranicznym zgrupowaniu. Ta kwestia upadła. Zdecydowano, że pomogę w awansie do Ekstraklasy, choć ostatecznie przegraliśmy wyścig z Górnikiem.

 

fot. Włodzimierz Sierakowski

 

 

W Chojnicach spotkałeś się z trenerem Bartoszkiem, który w połowie sezonu trafił do Korony.

 

 – Za jego kadencji byłem naprawdę w gazie. Strzelałem takie bramki, że aż sam się zastanawiałem, jak to możliwe (śmiech). Przed meczem w Bielsku-Białej powiedział mi, że zagram na lewej obronie. Zrobiłem duże oczy i powiedziałem: „dobra trenerze, ale jak zawalę, to nie na mnie!” (śmiech). Koniec końców wygraliśmy 1:0, a ja dałem asystę lewą nogą i pozycja mi została. Bardzo dobrze wspominam trenera Bartoszka. Gdy odchodził, powiedział mi, że jak w Kielcach będzie dobrze, to wyląduje w Koronie. Myślę, że dołożył cegiełkę do tego, żebym tu był. Po sezonie zgłoszono się do mnie i doszło do spotkania.

 

Ty w Kielcach zastałeś już innego szkoleniowca.

 

– Jak wiedziałem, że tu przyjdę, to zacząłem czytać o tym, co dzieje się w klubie. A tam nagłówki, że ciężka atmosfera, masa zmian, afery, że zawodnicy się nie dogadują z trenerem. Jestem raczej taką osobą, że nie kalkuluję. Wiedziałem, że jak przyjdę, to nie zamknę się w szafie, bo lubię wyzwania. Te artykuły mnie nie odpychały w żaden sposób. Póki słyszę coś od osób trzecich, a sam nie zobaczę, to raczej dystansuje się od ocen.

 

I jak było w rzeczywistości?

 

– Przyszedłem tutaj i było zupełnie inaczej. Normalnie. Trener zza granicy, kilku zawodników też, ale w szatni nie ma w ogóle problemu i żadnej bariery językowej. Wiesz,  ja nie byłem też tutaj od samego początku jak przyszedł trener. Może wszystkiego nie przeżyłem, może coś mnie ominęło, bo dołączyłem do drużyny miesiąc później, ale od kiedy przyszedłem, to nie zastałem problemów. Na starcie praktycznie z nikim się nie znałem, a szybko złapaliśmy kontakt, zaaklimatyzowałem się i było bez zarzutów.

 

Wszędzie zaliczałeś piłkarski postęp. Czego nauczyłeś się w Koronie?

 

– Będąc w Koronie nauczyłem się wiele. Może inaczej – udoskonaliłem pewne aspekty. Mam pierwszy raz do czynienia z trenerem zza granicy. Przyniósł zupełnie inną myśl szkoleniową i mi to pomaga. Nie popełniam takich błędów jak wcześniej. Chodzi mi głównie o taktykę. Kiedy analizuję swoje mecze, widzę progres.

 

Między Ekstraklasą a I ligą jest spora różnica, jeśli też chodzi o całą otoczkę wokół meczu. Telewizja obecna na każdym spotkaniu. Powiem szczerze, że oglądając swój pierwszy występ przed kamerą po spotkaniu, nie mogłem na to patrzeć. Ciągłe „yyy”, „aaa” (śmiech). Z czasem człowiek nabiera jednak ogłady, doświadczenia. Jak w futbolu.

 

 

 

Chyba pasujesz do mentalności Gino Lettieriego. Obaj wciąż powtarzacie, że najważniejsza jest ciężka praca.

 

(śmiech) – Jest bardzo wymagającym trenerem. Na każdym treningu pokazuje, że nikt nie może się opierdzielać. Co zajęcia musisz udowadniać swoją wartość. Byłeś najlepszym na boisku? Wygraliśmy? Na treningu to nie jest już ważne. Dajesz maksa, żeby zasłużyć na miejsce w składzie.

 

Pamiętam tamten sezon. Strzelam bramkę na Legii, a kolejkę później siedzę na ławce. Zrozumiałem, że nie masz pewnego składu, bo zagrałeś dobrze tydzień temu. Na każdym treningu musisz to udowadniać.

 

W tym sezonie wywalczyłeś sobie pozycję w pierwszym składzie. Przed rokiem denerwowała cię łatka wiecznie rezerwowego?

 

– Wcześniej gadaliśmy o tej całej przygodzie i mówiłem, że musisz być gotowy na wszystko. Tak samo w tym przypadku. Proste, że frustracja jest, jak się nie gra. Po kontuzji wiedziałem, że czeka mnie kawał ciężkiej pracy, aby udowodnić gotowość do pierwszego składu. Miałem dobry początek sezonu, ale on mi nie da mi wyjściowej jedenastki. Znowu zaczynałem od początku. W piłce tak właśnie jest.

 

Przed rokiem złościłem się. Trener widział mnie w osiemnastce i mogę mieć pretensje do siebie. Piłkarze dobierani są pod taktykę, która w Kielcach zmienia się często. Szkoleniowiec musi to robić rozsądnie, bo jest odpowiedzialny za wynik. Nauczyłem się świadomości, że można usiąść na ławce. Twój wybór – akceptujesz, albo się obrażasz. To drugie nie jest rozwiązaniem i raczej nie daje dużo zawodnikowi. Możesz mieć w sobie tylko złość sportową, którą przekuwasz na cięższe treningi.

 

 

 

„Praca, praca, praca”. Naprawdę powinieneś po karierze motywować ludzi do działania. Poza tym twoja historia jest dobrym źródłem inspiracji. Nie myślałeś kiedyś o jakiejś książce, gdy odwiesisz buty na kołek?

 

(śmiech): – Zastanawiałem się nad tym. Myślę, że mogłaby być to fajna opowieść. Gdybym dołożył do tego dobry wynik sportowy i utrzymywał się co najmniej na poziomie Ekstraklasy, to mógłbym coś napisać. Dla młodych zawodników, to byłaby chyba cenna lekcja ku przestrodze, że można coś osiągnąć jeśli się chce. Przemyślę to.

Strefa sponsora

Partner strategiczny
Sponsor główny
Sponsor premium
Sponsor techniczny
Dostawca usług medycznych
Sponsorzy
Partnerzy
Patroni medialni
Zamknij
Zamknij
Zamknij

Szanowni Państwo, Nasza strona używa plików cookies w celu ułatwienia Państwu korzystania z naszego serwisu i w celach statystycznych. Korzystając ze strony wyrażają Państwo zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Aby dowiedzieć się o celu ich używania i zmianie ustawień cookies w przeglądarce zapoznaj się z polityką cookies Polityka prywatności Akceptacja