Sponsor Miasto Kielce

| Wywiad

Rozmawiał Krzysztof Węglarczyk

Przychodząc do Korony, dałem sobie ostatnią szansę

Mimo młodego wieku, przeszedł długą drogę z wieloma zakrętami, nim trafił do Korony Kielce. Z żółto-czerwonym klubem związał się na początku 2017 roku i powoli pokonywał kolejne juniorskie szczeble, stając się wyróżniającym młodzieżowcem. Ciężka praca i chęć spełniania marzeń sprawiła, że dziś jest drugim bramkarzem w drużynie Gino Lettieriego. Sam zaznacza, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Zapraszamy do wywiadu z Jakubem Osobińskim.

Szybko pokonujesz kolejne szczeble w Koronie Kielce. Dwa lata temu podpisałeś kontrakt juniorski, a na ten moment jesteś już bramkarzem numer dwa w seniorskiej drużynie, mając niespełna 19 lat.

 

Jakub Osobiński: - To chyba nie jest nadzwyczajnie szybka droga. Na pewno cieszę się z miejsca, w którym jestem. Gdy odchodziłem ze Znicza po ciężkim okresie, dałem sobie ostatnią szansę. Pomyślałem, że jak nie uda się w piłce, to nie ma sensu ciągnąć tego dalej.

 

Ten awans zaliczałem małymi krokami. Ściągnął mnie tutaj trener Tomasz Wilman i pomału walczyłem o miejsce w bramce. Najpierw u trenera Marka Graby i Michała Gębury w drużynie U-17 zagrałem prawie cały sezon w Lidze Makroregionalej. Później w Centralnej Lidze Juniorów pod wodzą trenera Marka Mierzwy niemal do samego końca sezonu biliśmy się o awans do półfinałów. W lipcu 2018 roku zostałem włączony do pierwszej drużyny.

 

 

 

Pamiętasz jakie uczucia towarzyszyły ci, gdy zacząłeś trenować z pierwszą drużyną?

 

- Było to dla mnie bardzo duże zaskoczenie. Pierwszy trening z seniorami miałem w październiku 2017 roku. Nie było paraliżu, ale na pewno duża spina, żeby zaprezentować się jak najlepiej. Trener Mirosław Dreszer od razu dał się poznać, jako człowiek, który skupia się na dyscyplinie i zwraca uwagę na wszystkie detale. Od początku korygowaliśmy wiele moich bramkarskich nawyków.

 

Dwa miesiące po pierwszym treningu mieliśmy zajęcia z trenerem Jarosławem Haczkiewiczem w hali przy Ściegiennego. Powiedział, że rozmawiał ze sztabem pierwszej drużyny i wraz z Damianem Krążkiem na stałe będziemy trenowali z pierwszym zespołem. Wówczas w ogóle nie spodziewałem się takiego obrotu spraw, a w styczniu tego roku minął rok, od kiedy zostałem oddelegowany do seniorów.

 

 

 

Jak bardzo rozwinąłeś się przez te 12 miesięcy?

 

- Ostatnio oglądałem materiały z treningów na początku 2018 roku. Powiem ci, że rzucałem się, jak wygłodniały wilk na mięso (śmiech). Latałem przodem na piłkę, a to techniczny dramat bramkarski. Jednak dzięki tym nagraniom widzę, że z trenerem Dreszerem wykonujemy kawał dobrej roboty. Ciężka praca przynosi efekt, bo czuję, że inaczej zachowuję się w bramce. Widzę progres, ale uważam, że nie można się zatrzymywać. Wciąż może być znacznie lepiej.

 

 

Pierwszy raz w seniorskiej drużynie widziałem cię w meczu z Wierną Małogoszcz. Rezerwy przegrały 0:2, ale gdyby postawić kamerę przy twojej bramce, to można było wtedy nagrać niezłą kompilację widowiskowych i często szalonych interwencji.

 

- Pamiętam, że miałem w tamtym meczu kilka dobrych interwencji. Dwie były rzeczywiście wariackie. Raz skasowałem „Kosę” na dwudziestym merze, a potem Kornela Kordasa. Przyznaliśmy z trenerem, że to drugie zderzenie było niepotrzebne. Mogłem chwilę wcześniej krzyknąć, on by się odsunął, a ja wybiłbym piłkę i naszemu zawodnikowi nie byłaby potrzebna pomoc medyków. Wyszło inaczej i mówiąc kolokwialnie niestety zameldowałem mu się (śmiech). Sorry Kornel, musiałem.

 

 

 

wi się, że każdy bramkarz musi mieć w sobie coś z wariata.

 

- Można się tego nauczyć, a można wyssać z mlekiem matki. Pewnie trzy lata temu w Zniczu bym nie notował takich interwencji. U mnie to przyszło wraz z bramkarską pewnością siebie, którą buduje się z meczu na mecz. Najważniejsze byś był w rytmie meczowym. Raz zachowasz czyste konto, w kolejnym meczu kilkukrotnie będziesz skutecznie bronił ważne piłki i powoli wspinasz się mentalnie do góry. Pewność golkipera powinna emanować na całe boisko. Drużyna musi czuć, że za plecami ma gościa, na którego może liczyć. Czy takie interwencje są potrzebne? Myślę, że tak. W ten sposób pokazujesz też rywalowi, że mają naprzeciw bramkarza, a nie marynarkę, czy ręcznik.

 

 

U ciebie wariat włącza się na boisku. Poza nim jesteś raczej rozsądnym gościem, który mocno stąpa po ziemi. Oprócz piłki jest szkoła i przygotowania do matury.

 

- Zdanie matury traktuję jako priorytet. Najważniejsze w piłce, szkole czy życiu, to zachować ciągłość. Czasem muszę się zwalniać z zajęć, żeby zdążyć na zbiórkę, ale nadrabiam to później na korepetycjach, albo staram się uczyć w internacie. Za dwa miesiące egzaminy i mam nadzieję, że Bozia pomoże w trudnych chwilach (śmiech).

 

Jeśli chodzi o zachowanie, to już zależy od środowiska. Pewnie inaczej to wygląda, gdy znajduje się w szatni, a inaczej wśród rówieśników z internatu, czy wcześniej kolegów z Pruszkowa lub Warszawy…

 

 

…„kolegów z Pruszkowa”. Brzmi poważnie (śmiech).

 

- Taka mafia, co? Uważaj o co pytasz, bo przed wyjściem czekają dwa czarne BMW (śmiech). Wracając – sądzę, że w życiu jest czas na luz i zabawę, ale w pracy musisz się skupić i jak najlepiej wykonywać robotę. Raczej nie jestem gościem, który dla atencji będzie krzyczał i walił głową w ścianę. Jest w szatni czas na żarty – to jasne. Ale na boisku wolę zapracować na szacunek poprzez dobrą pracę. Teraz do drużyny doszedł Łukasz Bujak i Oskar Sewerzyński, więc nie jestem już najmłodszy, ale wciąż należę do grupy młodych piłkarzy. Nie wychylam się. Pełen luz i pokornie robię swoje. Skupiam się na sobie i staram się jechać do przodu.

 

 

 

Mając na treningach obok siebie takich gości jak Michał Miśkiewicz, czy Matthias Hamrol, młody bramkarz może się czegoś nauczyć?

 

- Według mnie mądry człowiek uczy się również poprzez obserwację. Michał jest bardzo doświadczonym bramkarzem. Rozegrał ponad 70 meczów w Ekstraklasie i można od niego wiele wyciągać – technika upadku, sposób chwytu, gra nogami. Mati ma duży spokój przy rozgrywaniu. Swobodnie rozrzuca piłki i ten luz na pewno może stanowić za przykład. Jestem świadomy, że muszę pracować nad tym elementem.

 

Powinno podpatrywać się lepszych zawodników i dochodzić do najlepszych wniosków. Jeśli Mati, Michał, czy Paweł Sokół są moimi konkurentami w walce o skład, to nie znaczy, że mam ich w poważaniu i nie sięgam dalej niż czubek mojego nosa.

 

 

A Ty kiedy zacząłeś zbierać pierwsze szlify bramkarskie?

 

- Po podstawówce przeniosłem się do Mazowieckiego Ośrodka Szkolenia Sportowego Młodzieży w Warszawie. Jeśli chodzi o pierwsze treningi bramkarskie, to doświadczyłem ich jako 13-latek w Zniczu u trenera Marka Chańskiego. Wcześniej ich nie miałem. Można powiedzieć, że wprowadzenie zrobił mi mój starszy o 10 lat brat, który bronił w Szydłowiance. Kopał mi na trzepak, a ja rzucałem się po kamieniach. Zawsze mamie niszczyliśmy kwiatki na podwórku (śmiech).

 

 

Szybko wyfrunąłeś z rodzinnego gniazda.

 

- Przez te 3 lata praktycznie co weekend byłem w domu. Z Warszawy do Szydłowca jest około 130 km. W piątek miałem trening o 17, a o 19:30 autobus do rodzinnego miasta. Podróż trwała 2,5 godziny. O 22 szedłem spać, a kolejnego dnia o 13 miałem już w Pruszkowie zbiórkę, na którą jeździłem z rodzicami. Po meczu wracałem z nimi do domu, a w niedzielę znów autobus do Warszawy. I tak praktycznie co weekend. Trochę na wariata, ale zależało mi, żeby wracać do rodziny. Przywykłem do tych podróży, większość drogi przesypiałem. Bardzo pomagali mi rodzice, którzy nabijali mnóstwo kilometrów jeżdżąc ciągle w obie strony. Po latach mogę im za to dziękować.

 

 

 

W jaki sposób trafiłeś do Znicza?

 

- Trener Szydłowianki, Rafał Kiljanek załatwił mi powołanie na konsultację kadry Mazowsza w Radomiu. Spisałem się chyba dobrze, bo stamtąd skierowano mnie na kolejne zgrupowanie, tym razem w Warszawie. Zawoził mnie tam sam trener. Po tych testach, trener Zbyszek Kowalski poinformował mnie, że dostaję powołanie na kadrę wojewódzką. Pamiętam, że po moich 13 urodzinach w kwietniu 2013 roku graliśmy mecz z Podlasiem. I wtedy zaczął się temat Znicza. Trener Adam Mrówka dzwonił do moich rodziców i namawiał mnie, aby przejść do Pruszkowa. Pierwsze wrażenie: „wow! To były klub Lewandowskiego! To musi o czymś świadczyć”. Od razu zaczęliśmy szukać więcej informacji. Decyzję pojąłem bardzo szybko. Moi rodzice dali mi wolną rękę w tej kwestii. Bardzo chciałem spróbować, więc uznaliśmy, że warto skorzystać z szansy i się przekonać.

 

 

To chyba ciężki moment, kiedy jako dzieciak musisz zostawić całą młodość i zacząć zupełnie nowe życie.

 

- We wrześniu rozpoczynał się rok szkolny, ale w sierpniu pojechałem już na obóz z drużyną. To była dla mnie nowość. Zaczynałem poznawać z czym to się je. Na zgrupowaniu byłem bardzo podekscytowany, że przechodzę do Znicza, ale powiem szczere, że im bliżej było wyjazdu do Warszawy, tym bardziej zaczynałem wątpić w to, czy ja naprawdę chcę tam być (śmiech).

 

Nie mówiłem niczego rodzicom, bo oni też pokładali w tym duże nadzieje. Wierzyli, że ten wyjazd mnie ukształtuje. W dniu przeprowadzki, gdy byliśmy na miejscu, mama spytała mnie pod bursą szkolną, czy jestem pewny, że chcę to zrobić. To był ostatni moment na decyzję. Można było wyciągnąć papiery, zabrać torby i dogadać się z klubem. Pamiętam, że powiedziałem wówczas: „ nie, mamo. Kiedyś trzeba dorosnąć”. Wielce dojrzały 13-latek się we mnie obudził (śmiech). I mówię ci! Jak zobaczyłem odjeżdżający samochód mamy spod tego internatu, to serce mi pękło! (śmiech) Pękło! Głowa w poduszkę i płacz. Pierwszy miesiąc w Warszawie był ciężki.

 

 

Chciałeś wracać do domu?

 

- Pamiętam jaki numer odwinąłem po inauguracyjnym tygodniu. Przyszedł dzień powrotu do domu i umówiłem się, że za pierwszym razem przyjedzie po mnie mama. Spakowałem wszystko co miałem, ledwo się dosunąłem i zarzuciłem dwie torby na plecy. Mama szybko spostrzegła, że coś jest nie tak. Ile rzeczy po pięciu dniach możesz zabrać do prania (śmiech)? Zabrakło mi odwagi, żeby powiedzieć, że chcę wracać. Dłuższy czas siedzieliśmy w ciszy, ale wreszcie spytała: „chcesz wracać?”. Wystrzeliłem z tekstem, że chcę. Nie pogadaliśmy za wiele w drodze powrotnej (śmiech). Nazajutrz rodzice przyszli na rozmowę psychologiczno-wychowawczą.

 

„Zrobiłeś pierwszy krok, nie poddawaj się”, „nie odpuszczaj tak łatwo”, „nie poznałeś smaku treningów i meczów” – ten wjazd na psychę był mi potrzebny. Ale najbardziej zmotywowały mnie słowa mamy, która odpaliła: „dobrze, dzwonię do trenera Mrówki i mówię, że odchodzisz. Będziemy się włóczyć po sądach”. Momentalnie zniknęły mi łzy z oczu (śmiech). – No to narobię ładnego bigosu, bo mi się stęskniło za domem – pomyślałem. Argumenty o powrocie zostawiłem dla siebie. Spakowałem walizki i wróciłem do Warszawy.

 

 

 

Ostatecznie chyba zadomowiłeś się na dobre, bo w Zniczu grałeś przez 3,5 roku.

 

- Gdy wyjeżdżasz jako ukształtowany człowiek, to aklimatyzacja jest prostsza. Ja jednak opuściłem dom bardzo wcześnie. Zostawiłem za sobą dwa lata dzieciństwa. Gdy jesteś tak młody, najtrudniejszy jest ten pierwszy miesiąc. Później zaczynasz łapać kontakt z kolegami i trenerami. Ja miałem to szczęście, że trafiłem na takich ludzi, z którymi szybko zacząłem się dogadywać. Kontakty przez media społecznościowe zostały nam do dzisiaj, chociaż nie widzieliśmy się już ze dwa lata. Jak masz z kim pogadać, porobić jaja, to dla dzieciaka jest świetna odskocznia. Zapominasz o przykrościach i nie tęsknisz.

 

 

Na początku mówiłeś, że czas w Zniczu był dla ciebie ciężkim okresem? Dlaczego?

 

- Pierwsze półtora roku było bez zarzutu i nie mam na co narzekać. To był bardzo dobry okres. Później jednak wszystko zaczęło się psuć. Delikatnie rzecz ujmując, nie trafiłem na sprzyjające środowisko.

 

 

Co masz na myśli?

 

- Spokojnie, nie mówię o żadnym alkoholu czy narkotykach. Chodzi mi raczej o trenerów, którzy mnie prowadzili. Często nie potrafili uczyć i blokowali rozwój młodych zawodników. Pierwszy rok za trenera Mrówki wspominam bardzo dobrze. To człowiek starszej daty, ale był bardzo sprawiedliwy i wszyscy młodzi zawodnicy podchodzili do niego z dużym szacunkiem, a zajęcia traktowano z dużym zaangażowaniem.

 

Później wyglądało to różnie. Śmiem twierdzić, że następny trener nie traktował mnie poważnie. Najbardziej zapadł mi w pamięci mecz u siebie z Bronią Radom. Zazwyczaj w juniorach było tak, że broniliśmy po połówce. W tym wieku to dość sprawiedliwe rozwiązanie i każdy ma szansę się zaprezentować. „”

 

Tamten mecz zacząłem na ławce, a trener w 20. minucie wysłał mnie na rozgrzewkę. W przerwie poprosiłem bramkarza, żeby dogrzał mnie z piłką i byłem pewien, że na drugą połówkę wejdę do „klaty”. Sędzia przywołał nas na drugą część, ja podszedłem do trenera, a on powiedział, żebym spokojnie się grzał, jeszcze nie czas. Więc poszedłem rozgrzewać się dalej. Minęło dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści minut… W końcu spytałem liniowego ile do końca. „Już doliczony czas” - odpowiedział. Więc zszedłem z rozgrzewki i siadłem zrezygnowany na ławce. Wtedy trener podszedł do mnie ochoczo i spytał, czy jestem gotowy. Wpuścił mnie na… 60 sekund. Aż żałuję, że w ogóle wszedłem.

 

 

 

Ale czułeś, że sportowo byłeś słabszy od rywala w walce o skład?

 

- Nie. Może nie dawałem mu powodów, żeby bronić zawsze, ale wpuszczać 15 letniego chłopaka na minutę? Kazać mu się grzać przez 70 minut?! Szczerze? Czułem się mega poniżony. W aucie całą drogę do domu płakałem. Wszystko we mnie zgasło. Ten trener nie obdarzył mnie zbyt wieloma szansami, a później przejął nas trener Klimkowski i broniłem u niego niemal wszystko, więc nie wiem, w czym tamten człowiek widział mój problem. Powiem ci jedno – mecz z Bronią był dla mnie potężnym ciosem i zmotywował mnie do jeszcze cięższej pracy.

 

 

Po gimnazjum, przeniosłeś się do Pruszkowa. Długo tam już nie zagościłeś, bo po sześciu miesiącach przeniosłeś się do Korony.

 

- Złożyło się na to kilka czynników. Po trenerze Klimkowskim w Zniczu zjawił się szkoleniowiec, którego nie wspominam zbyt dobrze. W klubie powiedziano mi, że z roku na rok jestem coraz gorszy. Dziś tamte słowa motywują mnie jeszcze bardziej, ale wówczas, pod koniec pobytu w Pruszkowie straciłem wszelkie chęci do gry. Teraz jest we mnie ogromny entuzjazm i chęć rozwoju, gdy wychodzę na każdy trening, natomiast wtedy brakowało mi jakiejkolwiek motywacji. Straciłem miejsce w składzie i nawet nikt nie myślał o tym, żeby dać mi udowodnić swoją wartość.

 

W dodatku przenosiny do Pruszkowa wiązały się również ze zmianą zamieszkania. Klub umieszczał swoich zawodników w klasztorze sióstr zakonnych, które opiekowały się niepełnosprawnymi dziećmi.

 

 

Gdzie?!

 

- No zawodnicy mieszkali na ostatnim piętrze tego klasztoru… Wiem jak to brzmi: „mieszkaliśmy na ostatnim piętrze klasztoru… i szkoliliśmy się w szóstym kręgu magii” (śmiech). Ale serio tam mieszkaliśmy. Absolutnie nic nie mam do ludzi, którzy tam żyli, czy pracowali. Te dobre kobiety oddałyby nam serce na tacy. Mówić delikatnie – to miejsce nie było jednak przeznaczone dla młodych chłopaków, którzy grali w klubie sportowym. Z perspektywy czasu, niezła szkoła życia.

 

 

 

Nie broniłeś w klubie, więc jak to się stało, że po ciebie zgłosiła się Korona?

 

- Wiedziałem, że moja droga w Zniczu jest skończona. Świadomie z rodzicami stwierdziliśmy, że odchodzę. Szukałem miejsca, gdzie mogę się zaprezentować. Pojechałem na test mecz organizowany przez Football Trials i przedstawiciel Korony mnie zauważył. Zaproponował testy.

 

Dużo to nas kosztowało, żebym w ogóle na nie pojechał. O ile ze sztabem i kolegami rozstaliśmy się w dobrej atmosferze, o tyle most u prezesa mam raczej spalony. Wszyscy wiemy, kto tam rządzi i na pewno ciężko rozmawia się z tym człowiekiem.

 

Moja mama umówiła się z nim na spotkanie. Przyjechała w umówionym terminie i nikogo nie zastała w pokoju prezesa. Na miejscu pojawił się po dwóch godzinach i od razu spytał po co przyjechała, skoro nie ma z nią o czym rozmawiać. Według prezesa, to on będzie decydował kto, gdzie i za ile przejdzie. Mama próbowała wytłumaczyć, że mam propozycję testów w Koronie, ale on traktował mnie jak niewolnika. Byłem zablokowany. W klubie nie trenowałem. I szczerze nie wiem jak do tego doszło, ale po dwóch tygodniach po prostu ze mnie zrezygnowano w Zniczu, co otworzyło mi szansę testów w Kielcach. Wciąż dziękuję Bogu, że się od nich uwolniłem.

 

 

Jak przebiegły testy?

 

- Po dwóch tygodniach siedzenia w domu bez treningów, pojechałem na testy i wystąpiłem w meczu seniorów z Neptunem Końskie. Byłem głodny gry, ale bałem się, że jak mi zbombardują bramkę, to wyjdzie brak rytmu treningowego. Na szczęście wyszło całkiem dobrze. Trenerzy Paweł Czaja i Jarosław Haczkiewicz powiedzieli po meczu, że są ze mnie zadowoleni i wyrażają zgodę na transfer.

 

 

 

Twoja historia pokazuje, że mimo wielu zakrętów można spełniać marzenia, jeżeli wytrwale dąży się do celu. Na ten moment jesteś drugim bramkarzem Korony Kielce. Jesteś z siebie zadowolony?

 

- Tak, chociaż pokazuje też, że w piłce potrzebne jest szczęście. Łatwo nie zamierzam puszczać tego miejsca. Robię wszystko, co w mojej mocy i staram się dawać sygnały, że warto na mnie postawić i można we mnie coś dostrzec. Z drugiej strony miejsce numer dwa wcale nie oznacza, że mogę spocząć na laurach. Czy jestem z siebie zadowolony? Jak najbardziej, ale muszę jeszcze mocniej dokręcić śrubkę i pracować jeszcze ciężej. Chciałbym zadebiutować w Ekstraklasie. Im wyżej stawiasz sobie poprzeczkę, tym dalej możesz dojść.

Strefa sponsora

Partner strategiczny
Sponsor główny
Sponsor premium
Sponsor techniczny
Dostawca usług medycznych
Sponsorzy
Partnerzy
Patroni medialni
Zamknij
Zamknij
Zamknij

Szanowni Państwo, Nasza strona używa plików cookies w celu ułatwienia Państwu korzystania z naszego serwisu i w celach statystycznych. Korzystając ze strony wyrażają Państwo zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Aby dowiedzieć się o celu ich używania i zmianie ustawień cookies w przeglądarce zapoznaj się z polityką cookies Polityka prywatności Akceptacja