Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies.
Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.
X

Gorące wydarzenia:

16.02.2017

To była dla mnie niespodzianka

Choć jego transfer do Korony był nieco zaskakujący, to dobrą postawą w okresie przygotowawczym i obiecującym debiutem w starciu z Wisłą Kraków pokazał, że może odnaleźć się w kieleckim zespole. Poznajcie lepiej pomocnika Żółto-czerwonych, Jakuba Mrozika, czyli znajomego Bartosza Kapustki i piłkarza, który zamierza włożyć swój wkład w grę ekipy trenera Macieja Bartoszka w wiosennych meczach ligowych.


Czułeś się tu, przynajmniej na początku, trochę „człowiekiem znikąd”? Zainteresowanie Korony nie zaskoczyło nawet ciebie samego?


- Zaskoczyło. Dostałem telefon od trenera, co było bardzo pozytywne, ponieważ kończył mi się kontrakt i byłem wolnym zawodnikiem. Pogadaliśmy sobie szczerze, że jest szansa powalczenia i potrzeba środkowego pomocnika. Więc przyjechałem.


Jak trener Bartoszek odchodził jesienią z Chojniczanki, to w zespole rozmawialiście, że któregoś z was może zabrać ze sobą?


- Były głosy w szatni, że może kogoś weźmie, ale bez żadnych konkretów. Nic nie wiedzieliśmy, żadnych pewników, kto to może być.


Pewnie tym bardziej nie spodziewałeś się, że trafi na ciebie, skoro ostatnio w Chojnicach nie grałeś w pierwszym składzie.


- Tak, to była dla mnie niespodzianka. Ale bardzo miła.


Jak podsumujesz cały poprzedni rok? W wyjściowym składzie w całym 2016 zagrałeś tylko pięć razy.


- Na początku za trenera Bartoszka grałem dość dużo. I w pierwszym składzie, a jak z ławki, to wchodziłem na większe fragmenty meczu. Potem, w nowym sezonie, ta gra się już skróciła. Pojawiałem się raczej na końcówki, kilka razy wyszedłem od początku. Można powiedzieć, że nie był to dla mnie udany okres.


Tak czy inaczej nie miałeś żadnych problemów ze zdrowiem?


- Nie, nie. Byłem całkowicie zdrowy.


Zmieńmy temat. Pochodzisz z Bydgoszczy, potem grałeś w Nielbie Wągrowiec, ale twoja kariera tak na poważnie zaczęła się toczyć dopiero w Chojniczance.


- To prawda. Byłem jeszcze ostatni rok młodzieżowcem, ściągnęli mnie do Chojnic i praktycznie po tygodniu pobytu w klubie rozegrałem pierwszy mecz w wyjściowym składzie. I potem tak to się potoczyło, że zaliczyłem na boisku praktycznie cały sezon.


To były rozgrywki 2013/2014. Miałeś wtedy 20 lat – trudno było odnaleźć się wtedy na szczeblu I ligi, który uchodzi za dość fizyczny?


- Właśnie nie. Jak dostałem szansę gry w pierwszym składzie, to występowało mi się coraz łatwiej. Kwestia doświadczenia i obycia się z ligą.


Odbierasz się bardziej jako zawodnik bazujący na sile fizycznej, czy wolisz mieć raczej więcej miejsca, a mniej kontaktu z rywalem?


- Zależy od sytuacji. Jak trzeba powalczyć i pojechać na tyłku, to też powalczę i nogi nie odstawię. Ale kiedy jest miejsce, to korzysta z tego każdy środkowy pomocnik.



Kolejny sezon – 2014/2015 – to zainteresowanie Cracovii i transfer do „Pasów”.


- Ściągnął mnie tam dyrektor Burlikowski, a trenerem był Wojciech Stawowy. Jak ja przyszedłem, podpisałem umowę, to szkoleniowiec się zmienił – przyszedł Robert Podoliński. Musiałem walczyć od nowa i łapać zaufanie nowego trenera w nowym klubie. To było trudne też z tej racji, że on debiutował w Ekstraklasie i na pewno chciał zrobić fajny wynik niekoniecznie stawiając na młodzież.


Myślisz, że jakby wtedy nie doszło do zmiany trenera, to twoja pierwsza przygoda z Ekstraklasą mogła potoczyć się zupełnie inaczej?


- Nie wiem. Możemy teraz gdybać. To bardzo możliwe. Trener Stawowy więcej wiedział o klubie, o zawodnikach, o tym, na kogo może postawić. Trener Podoliński natomiast na pewno dużo obserwował, ale tak z boiska i szatni, to dopiero poznawał chłopaków.


Jesień 2014 roku w Krakowie to była dla ciebie trudna szkoła piłki? W Ekstraklasie zagrałeś niecałe 20 minut, więc pewnie siłą rzeczy musiałeś grać w niskiej lidze w rezerwach Cracovii.


- Tak, schodziłem praktycznie co tydzień. Co prawda pojechałem na kilka meczów z pierwszą drużyną i nawet przed Lechem trener powiedział mi, że może wyjdę w pierwszym składzie i zapytał, jak się z tym czuję. Odpowiedziałem, że czekam na to cały sezon (śmiech). Ale doszło do tego, że nie wszedłem nawet na minutę i znowu trzeba było zejść do rezerw. To był ciężki okres.


Z ulgą przyjąłeś zmianę barw klubowych po tej rundzie?


- Podpisałem z Cracovią umowę na rok, a po półroczu chciałem zmienić klub i dostałem na to zielone światło. Z uśmiechem na twarzy szukałem nowego pracodawcy, a trafiło, że wylądowałem w Chojnicach.


To bardziej Chojniczanka chciała cię pozyskać na zasadzie, że u niej się wybijałeś, czy raczej ty wolałeś wrócić w sprawdzone miejsce?


- Miałem jeszcze oferty z dwóch klubów. W jednym się nie dogadałem finansowo, bo chcieli mi dać tyle, żebym tylko przeżył (śmiech). A jeszcze wynająć mieszkanie z dziewczyną to ciężko. Z Chojniczanki zadzwonił do mnie dyrektor sportowy, zapytał jak wygląda moja sytuacja i czy chciałbym wrócić. To były już ostatnie momenty okienka transferowego, więc się nie zastanawiałem.


Skoro odchodziłeś z Chojniczanki do Ekstraklasy, to byłeś tam wybijającą się postacią. Zatem jak tam wróciłeś, to miałeś podejście, że „jakoś to będzie” bez większego wysiłku, czy jednak odciąłeś przeszłość grubą kreską i stwierdziłeś, że od nowa trzeba walczyć o swoje?


- Wróciłem tam praktycznie jako nowy zawodnik. Moim atutem w Chojniczance za pierwszym razem było to, że miałem wiek młodzieżowca. Potem musiałem już konkurować na mojej pozycji ze starszymi zawodnikami. To też fajny bodziec, bo dla mnie rywalizacja to coś przyjemnego. Czy się gra, czy nie, pracować trzeba cały tydzień, żeby dostać tę szansę.


Występujesz w środku pomocy. Jak się charakteryzujesz: w tej dwójce lubisz mieć więcej zadań ofensywnych, czy jednak bardziej się odnajdujesz z tyłu?


- Ciężko powiedzieć… Przeważnie, jak już grałem w środku w dwójce, to moje zadania rozpoczynały się i kończyły na defensywie. Grę do przodu zawsze brał ten drugi kolega ze środka. Ale jeśli na boisku dochodzi do sytuacji, kiedy trzeba wziąć piłkę, ruszyć do przodu, uderzyć, to też to lubię.


Czyli kibice raczej powinni oceniać cię przez pryzmat gry z tyłu, a nie spodziewać się zbyt wielu bramek, asyst, kluczowych podań?


- Właśnie nie! Nie mogę się zamykać na to, żeby tylko bronić. Jak będzie okazja, to dam z siebie wszystko, aby bramki i asysty też się pojawiły. O to w tym chodzi.



W internecie można znaleźć informację, że twoją alternatywną pozycją jest środek obrony. Grałeś kiedyś stricte w tyłach?


- Nie, nie, nie. Miałem okazję zagrać na lewej obronie, ale w środku to nigdy. Jestem pomocnikiem, chociaż oczywiście jak trzeba, to sądzę, że poradziłbym sobie na tej lewej stronie defensywy.


Wróćmy jeszcze na chwilę do Cracovii. W tamtej rundzie, którą spędziłeś w Krakowie, spotkałeś się z Bartoszem Kapustką.


- To prawda. Jak przyszedłem, złapałem lekki uraz. Bartek miał wtedy problem z kostką, więc razem trenowaliśmy i się rehabilitowaliśmy. Od początku widać było u niego technikę. Nawet na piłkach gumowych czy stabilizacji. Od razu można było wyczuć, że to utalentowany chłopak. Jak wchodził do pierwszego składu, tylko to udowadniał.


Macie do tej pory jakiś kontakt, czy wszystko zamknęło się na tym pobycie w Krakowie?


- Widzieliśmy się chyba dwa razy od mojego odejścia z Cracovii. Mamy taki kontakt, że z przyjemnością ze sobą porozmawiamy. Nie ma Bartka na miejscu, ale jak się zobaczymy, to chętnie pogadamy.


Zaskoczył cię jego rozwój? Skoro na koniec 2014 razem się rehabilitowaliście i obaj nie mieliście ugruntowanej pozycji w Cracovii, a on latem 2016 był jedną z kluczowych postaci Polski na Euro…


- To się chyba nie zdarza. Ale, jak widać, są wyjątki. Dla niego takim bodźcem było powołanie do kadry, gdzie od razu strzelił kilka bramek i zanotował asysty. Tak w sparingach, jak i w meczach mistrzowskich.


Ale wróćmy do ciebie. Jak się czujesz po obozie na Cyprze? I trener, i kilku zawodników chwaliło cię, że wypadłeś być może nawet lepiej, niż oczekiwano. Też czujesz tę moc?


- Czuję się dobrze. Na tym pierwszym obozie jeszcze tak tego nie pokazywałem, bo musiałem wejść w tę drużynę i się trochę zaaklimatyzować. Ale już na Cyprze złapałem taką świeżość, luz i chciałem pokazać się jak najlepiej. Też doszły do mnie głosy, że wypadłem w miarę ok.


Z Wisłą rozegrałeś od razu 45 minut. To było trudne wejście?


- Jedno z cięższych. Troszkę się jeszcze nie dogadywaliśmy z Djibrilem Diawem w takich komendach jak „plecy”, „pierwsza” czy „czas”. Miejmy nadzieję, że w następnych meczach to już będzie automat.



Jak rozmawialiśmy w Krakowie to mówiłeś, że nie czułeś wielkiego przeskoku pomiędzy Ekstraklasą a I ligą. Potwierdzasz to na spokojnie?


- Moim zdaniem wszystko siedzi w głowie. Jak ktoś to sobie poukłada, że to jest I liga i trzeba grać w pewien sposób, a to Ekstraklasa i trzeba wszystko robić szybciej, czasami z pierwszej piłki… Te kwestie można sobie poukładać.


A jak się odnajdujesz w temacie presji? Otoczka medialna w Ekstraklasie jest nieporównywalnie większa niż w I lidze.


- Podchodzę do presji spokojnie, ona jest na dalszym planie. Choć oczywiście istnieje i to bardzo przyjemne, bo mobilizuje do dalszej, ciężkiej pracy. Każdy mecz jest transmitowany i opisywany, analizuje się nasze podania, straty. To fajne, bo możemy potem zobaczyć, jak to wygląda na papierze.


Wiosnę w Koronie traktujesz jako dobry okres, żeby wejść do Ekstraklasy i może od nowego sezonu zaatakować ją na dobre?


- Taki osobisty cel to jak najwięcej pograć i dużo dać Koronie. A cel drużynowy to zakwalifikować się do pierwszej ósemki i złapać ten spokój, by nie walczyć do ostatniego meczu o utrzymanie. Możemy dać radość kibicom i pokazać, że potrafimy grać w piłkę.


A miasto już poznałeś, czy proces ciągle trwa?


Trwa! Na razie odwiedziłem najbliższe sklepy, żeby kupić coś do mieszkania. Czajnik, jakieś garnki… Ale na to, żeby pozwiedzać, pewnie też przyjdzie czas.


Rozmawiał Marcin Długosz





Czytano: 2209 razy


poprzedni następny

Komentarze:






Sezon 2017/2018

w góre
  • Wisła Płock

    Wisła Płock (d) 2:0

    Ekstraklasa, 12. kolejka

    13-10-2017 18:00
  • Górnik Zabrze

    Górnik Zabrze (w)

    Ekstraklasa, 13. kolejka

    20-10-2017 20:30
w dół

Drużyna

7 Marcin
Cebula
  • PozycjaPomocnik
  • Mecze w Koronie80
  • Bramki w Koronie1

poprzedni następny





Miasto Kielce

         


Sponsorzy główni

                            


Sponsorzy

                                                                                                                                                                         


Partnerzy medialni