Sponsor Miasto Kielce

| Wywiad

Ci najwięksi dalej trenują, żeby stać się jeszcze lepszymi

Zapraszamy na "wywiad rzeka" z trenerem Mirosławem Smyłą, w którym opowiada m.in. o pracy z młodzieżą,  pomyśle na grę Korony oraz swoich barwnych porównaniach.

Niebawem miną cztery tygodnie, od kiedy rozpoczął Pan pracę w Koronie. Co według trenera udało się osiągnąć w tak krótkim czasie i jakie są plany na najbliższą przyszłość?

 

- Udało się uzupełnić narzędzia potrzebne do prowadzenia zajęć. To bardzo cieszy, że praca będzie bardziej jakościowa dla sztabu szkoleniowego. Od strony drużyny dobrze, że większość zawodników jest zdrowa - Żubrowski wraca do składu, niebawem gotowy będzie Gardawski i będziemy w komplecie. W obwodzie mamy jeszcze pozyskanego niedawno Mileticia, ale na niego trzeba jeszcze chwilę poczekać. Natomiast w zakresie samej pracy udało nam się zdobyć trzy punkty w meczu ze Śląskiem Wrocław, co zmienia atmosferę w zespole, dodaje otuchy i więcej wiary w to, co robimy.  Taki jest ten trzytygodniowy zysk, jednak ostatnia porażka w Łodzi, daje nam bardzo dużo materiału do analizy. Ten mecz pokazał nad czym szczególnie  trzeba będzie pracować jeszcze mocniej i ciężej. Trzy punkty więcej w tabeli dały nam oddech, ale teraz każdy z piłkarzy musi mieć w głowie fakt, że reprezentuje Koronę Kielce. Motywacja i walka o dobro klubu w każdym spotkaniu są podstawami, których będziemy wymagać od wszystkich.

 

Skoro mówimy o motywowaniu i pracy, to jakie trener ma cele na najbliższe kilka tygodni?

 

- Wchodząc do klubu i drużyny w jej ówczesnej sytuacji w tabeli, która weryfikuje wszystko mogę przyznać, że było bardzo nerwowo, panowała napięta atmosfera. Teraz w przerwie reprezentacyjnej można było więcej zrobić, podwyższyć obciążenia i przejrzeć nasze kadry, którymi dysponujemy. Na bazie tego doświadczenia wiedza jaką będziemy posiadać stanie się dużo większa. W najbliższym czasie moim celem będzie na pewno dogłębne poznanie całego zespołu, żeby mieć czyste sumienie w personalnych decyzjach, ponieważ nie są one łatwe. Każdy z tych chłopaków ma swoje marzenia, wymagania. Wszyscy przyszli w jasno określonym celu. Nie jesteśmy od tego, żeby ich zadowalać, ale musimy mieć pewność, że podejmując decyzje personalne robimy to merytorycznie, a nie według swojego "widzi mi się". Przykładem jest dwumecz z Lechią Gdańsk i Zagłębiem Lubin, bo z tego powstał skład na trzeci mecz ze Śląskiem. Liga nas weryfikuje. Musimy przygotowywać się do każdego kolejnego meczu i walczyć o ten przysłowiowy oddech.

 

 

Do trenera przylgnął przydomek "strażak", ponieważ często obejmował Pan kluby z dolnej części tabeli. Czy rzeczywiście Mirosławowi Smyle lepiej pracuje się w takiej roli?

 

- To nie jest tak, że strażakiem jest się tylko wtedy, kiedy walczy się o utrzymanie, bo czy nie może nim być szkoleniowiec w Legii Warszawa, która co roku toczy bój o mistrzostwo kraju? Można to różnie nazywać, ja ten zawód ciągle traktuję jako niesamowitą pasję i chęć rozwijania się, spełniania marzeń i prowadzenia w kolejnych etapach zespołów z coraz większą renomą i klubowym CV. Prawda natomiast jest taka, że trening się nie zmienia. Na boisko wychodzi dwudziestu kilku zawodników i jeżeli ćwiczenia wszystkim sprawiają przyjemność, to praca ma sens. Jeśli zaczyna coś szwankować, a czuje się takie rzeczy, to gdzieś jest problem. Może być on w merytoryce, doborze środków treningowych albo dotyczyć zmęczenia materiału. Nie ma reguły. Dla nas trening jest jak niedzielna msza w tygodniu i wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. Dlatego zawodnicy przychodzą, mają coś do analizy, całość w takiej esencji. To natomiast ile czasu sztab poświęca na przygotowanie i analizę tej jednostki treningowej, to jest już inna para kaloszy. My po prostu od tego jesteśmy.

 

Czysto hipotetycznie - co by trener zrobił, gdyby w pewnym momencie uznał, że udało się osiągnąć założony cel wcześniej niż zostało to zaplanowane. Czy szukał by Pan czegoś, co dałoby się jeszcze wykrzesać z drużyny?

 

- Hmm...Zaczynając pracę na poziomie seniorskim pracowałem bardzo długo z młodzieżą. Prawie 18 lat. Prowadziłem zespoły po pięć, siedem lat i zawsze był na to jakiś pomysł, a wydawałoby się, że w dobie tego, co teraz się dzieje, zespół w grupach młodzieżowych powinien prowadzić jeden trener przez rok, maksymalnie dwa lata. Zawsze trzeba było poszukiwać. Przykładem było to, że gdy pracowałem z młodzieżą, jeszcze grało się ze stoperem, forstoperem i wchodził system gry strefowej. Miałem wówczas szczęście, że w połowie pracy z tymi chłopakami mogłem wdrażać ten system i bardzo fajnie się sprawdził. Sztuką jest prowadzić zespół bardzo długo, ale trzeba mieć nowe pomysły, rozwijać się. Wiadomo, że często jest to połączone ze zmianami personalnymi, tego nie unikniemy, a ogromny wpływ mają w tej kwestii władze klubu. Istotne są relacje celów klubowych ze szkoleniowymi. Jeżeli to idzie w parze, to nie ma takiego okresu terminowego, że po jakimś czasie coś się wypala. W momencie gdy jest plan na wszystko - godzinami mógłbym opowiadać co można zrobić dla całego klubu, a nie tylko jednego zespołu. Szczególnie głównego szkoleniowca ocenia się przez pryzmat wyników pierwszej drużyny - jest mnóstwo elementów składowych rozwoju klubu. Już abstrahując od szkolenia dzieci i młodzieży, ale przekłada się to na organizację pracy. Ja się bardzo cieszę, że pewne elementy taktyczne, które widoczne są w meczu mistrzowskim lub jednostce treningowej, widzę również oglądając mecz rezerw. Trener Grzesik także je wdraża, co jest widoczne gołym okiem. Jest to miłe i oznacza, że wpływa się na rzeczy, które  dzieją się w klubie, a to jest chyba największa nagroda.

 


Zadanie skompletowania sztabu trenerskiego wydaje się już być wykonane. Mieszanka doświadczenia i młodości ma być Pana receptą na sukces?

 

- Po pierwsze szukamy fachowców. Jeżeli to są osoby, które mają doświadczenie, dodatkowo młodzi i prężni, a wiem co potrafią przyprowadzeni przeze mnie ludzie to nie ma nawet co się zastanawiać. Pracowałem z nimi w Odrze Opole, a z Danielem Wojtaszem również w Sosnowcu. Zaistniała potrzeba w zakresie uzupełnienia i rozwijania pracy szkoleniowej, więc były to osoby niezbędne. Nie jest tak, że przyprowadziłem dwóch znajomych, którzy będą mi robić kawę. Oni mają jasno określone role i muszą wypełniać swoje obowiązki. Będą teraz analizować naszego kolejnego przeciwnika. Nie ma rozdawania wypłat za darmo, trzeba ciężko pracować. Wiadomo, że różny efekt to przynosi. Jeżeli w fazie końcowej mamy zadowalający wynik, to wtedy ocena pracy jest wysoka, jeśli jest niezadowalający, to różnie z tym bywa. Sami musimy mieć świadomość, że lepiej się nie dało tego zrobić.

 

Wspominał trener w wywiadach o Szkole Mistrzostwa Sportowego w Radzionkowie, której był Pan jednym z inicjatorów. Jak ten projekt ma się w tym momencie?

 

- Ta instytucja powstała w głowie trzy lata temu. Dwa i pół roku wstecz zaczęła swoją działalność, teraz ruszył trzeci rok. Założycielem jest SMS Radzionków, która ma czterech zarządców i te osoby dzisiaj pielęgnują to, co się tam dzieje. Szkoła ma swoich pracowników, którzy o nią dbają. Żyje swoim życiem, ma od dyrektora po nauczyciela i pracowników obsługi zapięte wszystko na ostatni guzik. Stąd też nie mogłem pozwolić sobie na dłuższy pobyt w Suwałkach, bo to był moment, gdy domykaliśmy ostatnie szczegóły. Teoretycznie mogę powiedzieć, że dla tej instytucji mogę teraz więcej uczynić poruszając się w Kielcach, robiąc jej reklamę i tworząc wiarygodność. Fajnie jest coś zrobić dla potomnych, bo wynik jest, za chwilę go nie ma, trenerem się bywa, zaraz się nim nie jest. Każdy człowiek powinien po sobie coś zostawić. Ja traktuję ten SMS tak jak mówi się o mężczyznach, że powinni wybudować dom, zasadzić drzewo i mieć syna. To jest ta czwarta rzecz, której użył bym w tym zestawieniu. Sprawia mi przyjemność, że udało się ten projekt zrealizować.

 

Jak, po tych kilku tygodniach pracy w Kielcach, ocenia trener potencjał młodych piłkarzy grających w rezerwach i grupach młodzieżowych Korony?

 

- Kłamałbym, gdybym powiedział, że codziennie oglądam treningi juniorów i rezerw, bo doba musiałaby mieć 50 godzin. Zdarza mi się natomiast zobaczyć mecz drugiej drużyny, czy rozmawiać z trenerami grup młodzieżowych. Czasem oglądać młodsze dzieci, które trenują na sztucznej trawie, zapraszać zawodników na trening pierwszego zespołu z akcentami treningu indywidualnego. Potrafię to powolutku porównać. Tych chłopaków rozpoznaję, więc w tym krótkim czasie już kilka rzeczy drgnęło w tym zakresie i na pewno ci chłopcy coś potrafią, to nie podlega dyskusji. Jeżeli młodzież w większości gra na poziomie trzeciej ligi, jesteśmy na meczu, w którym ci chłopcy pokazują, że potrafią grać w piłkę, są zadziorni, mają charakter - czyli to, co zawsze cechowało Koronę Kielce - to jest wartość dodana całokształtu. Na pewno będą się przewijać przez pierwszy zespół. Nie wiem, czy któryś z tych juniorów zagra jeszcze w tym sezonie lub następnym, a może za dwa lata. Wszystko się okaże. Oni mają się przebijać, ale na pewno będą wspierani. Z czasem w trakcie budowania trzonu pierwszej drużyny, który będzie reprezentował na wysokim poziomie barwy klubu, można dokładać do tego młodych chłopaków na dorobku. Jak któryś z nich wypali, wszyscy będziemy się cieszyć. Wtedy to zysk klubu i zadowolenie dla trenerów oraz kibiców. Jest też druga składowa - system, który trzeba przejrzeć dogłębnie, w jaki sposób kierować młodych piłkarzy. Dziś robi się nawet szkolenia na temat wprowadzania młodego piłkarza do gry w piłce zawodowej. Były osoby w PZPN-ie, jak chociażby Jacek Magiera - odpowiedzialne za wdrażanie młodych reprezentantów Polski do piłki seniorskiej. To są rzeczy, które trzeba opanować i jak każda inna czynność jest to sztuka sama w sobie. Można zatracić fajne talenty, pogubić się i uważać, że chłopak się nie nadaje, a czasami wystarczy, by w pewnym momencie gry w juniorach wskoczył on na przykład do trzeciej ligi. Tam kiedy się wyróżnia po roku gry, ale jeszcze jest "za słaby" na Ekstraklasę, może trzeba go wypożyczyć do pierwszej lub drugiej ligi? Niech tam gra, a później po pół roku porozmawiać z nim. Mamy takich piłkarzy, którzy grają po różnych zespołach i jest plan, żeby przyjrzeć się czym dysponuje klub na wypożyczeniu. Potem możliwe jest zaproponowanie powrotu, może miesięczne trenowanie z pierwszym zespołem. Jakaś jedna, dwie gry kontrolne i decyzja - zostaje, albo kolejne wypożyczenie na pół roku. To są czynności, które muszą się odbywać w klubie. Fajnie byłoby mieć na to wszystko czas, dlatego ktoś powie, że w sztabie jest tylu asystentów, ale tam jest pracy od groma. Jeden z nich jest odpowiedzialny za kontakt z grupami młodzieżowymi i przepływ zawodników, inny za analizę przeciwnika, kolejny za analizę własnego zespołu, następny za motorykę. Wszystko idzie do przodu i musimy dbać o to, żeby poziom pracy był jak najwyższy.

 

 

Patrząc na ostatnie decyzje personalne w składzie pierwszej drużyny można wysnuć wniosek, że młodzieżowcy są w stanie rywalizować jak równy z równym z bardziej doświadczonymi kolegami. Jak Pan to widzi?

 

- Na treningach prowadzimy czasem tzw. "małe gry". Na zajęcia zapraszani są młodzi zawodnicy z drużyny rezerw i oni w niczym nie odstają. Jeżeli chodzi o umiejętności, wolę walki, cechy wolicjonalne, tam nie ma praktycznie różnicy. Wiem, że na małym polu gry łatwiej to wyrównać, ale tam wydaje się, że chłopcy są z szerokiej kadry pierwszego zespołu. Zobaczymy co będzie na większym boisku i w spotkaniach kontrolnych. Uważam, że jest to potencjał, ale nie będziemy też na siłę uszczęśliwiać wszystkich, bo to jest błędne koło. My nie musimy dzisiaj wystawiać trzech młodzieżowców, możemy tylko jednego, a w ostatnim meczach grało ich więcej i to nie dlatego, że robimy punkty do systemu Pro Junior. Pojawili się na boisku, ponieważ w tym momencie byli najbardziej odpowiednimi postaciami do gry w pierwszym składzie. Ze Śląskiem Wrocław przyniosło to efekt w postaci zdobycia trzech punktów. Jeżeli będziemy tak podchodzić do każdego zawodnika, dogłębnie go analizować, widzieć jego postępy to będzie sukces. Wiadomo, że musi też być zaufanie, trzeba postawić na kogoś - ale my potrafimy podjąć decyzję na podstawie okrągłego stołu, bo nie jest tak, że Smyła się uparł i postawił na kogoś, a trzech innych mówi "nie". Zdanie asystentów jest bardzo ważne i tutaj prace są na tyle podzielone, że wydaje nam się, iż te decyzje są optymalne. Potrafimy dobrać tych ludzi dzisiaj tak, aby to było pozytywne dla drużyny. Szukamy najlepszych piłkarzy w danym momencie do gry. Jeżeli jest wśród nich młody chłopak i ma szansę, żeby dać coś wartościowego drużynie, a przy okazji się rozwinie, zrobi karierę i wyskoczy wyżej, to niech idzie w świat, będę miał potężną satysfakcję z tego powodu.

 

Wyrażał się Pan kilkakrotnie pozytywnie na temat całej organizacji pracy w kieleckim klubie. Czy zauważa trener jednak coś, co można by poprawić albo dodać, aby pracowało się jeszcze lepiej?



- Można doszukiwać się drobnych rzeczy, ale nie były by to „Kuchenne rewolucje” (śmiech). Tak całkiem poważnie, moją zmianą było na przykład polecenie, aby piłkarze bez wyjątków na treningach grali w ochraniaczach. Jest to rynsztunek piłkarza wymagany w każdym oficjalnym spotkaniu i można by to porównać do żołnierza ćwiczącego strzelanie bez karabinu. Generalnie traktujemy zdrowie piłkarzy bardzo poważnie. Różne rzeczy mogą się wydarzyć. Fizjoterapeuci oraz moi asystenci byli zgodni co do tej decyzji. Dzięki temu przyzwyczajamy zawodników do dbania o chyba najdroższe narzędzie pracy jakie posiadają. Głowa oczywiście steruje, ale nogi muszą biegać.



Ofensywa, defensywa oraz fazy przejściowe - często są przez trenera wymieniane jako podstawy,  które każdy piłkarz powinien stosować na boisku. Czy realizowanie zadań defensywnych przez napastników i odwrotnie, jest sposobem na wykreowanie zawodników kompletnych?



- Myślę, że taktycznie tak. Są to cztery podstawowe elementy, z których składa się funkcjonowanie zespołu w każdym meczu. Przypomnę tylko, że przed meczem ze Śląskiem Wrocław doskonaliliśmy defensywę, chcieliśmy włączyć elementy ataku pozycyjnego, a bramkę finalnie zdobyliśmy w fazie przejściowej. Przeciwnik miał piłkę, my natomiast przechodziliśmy z ataku do obrony po jej stracie, jednak udało nam się odzyskać futbolówkę i trafiliśmy do siatki. Ciekawe jest to, że właśnie w tych momentach od utraty piłki do jej odzyskania i odwrotnie, strzela się najwięcej goli i najwięcej się traci. Często ludzie zastanawiają się dlaczego jakiś zespół nie potrafi szybko odebrać piłki, a Barcelona robi to tak pięknie. Dzieje się tak dlatego, że od dziecka uczymy się tak zwanego „kroku w przód” po stracie. Polega on na tym, że odruch obronny jest zaprogramowany na cofanie się do własnej bramki po utracie piłki. Cała filozofia polega na tym, żeby ten proces odkręcić. Wydaje się to banalne. Odwrócenie jednak tego o 180 stopni zajmuje wiele, naprawdę wiele miesięcy, by reagować o ułamek sekundy szybciej i wykorzystywać fakt, iż przeciwnik nie ma opanowanej piłki i łatwiej ją może stracić. Niuans techniczny i taktyczny, ale ma wpływ. Każdy zawodnik musi być wszechstronny. Można skupiać się na taktyce, a dla mnie osobiście na przykład ważne jest, żeby zawodnik kopał prawą i lewą nogą, a często się zdarza nawet na poziomie Ekstraklasy, że zawodnicy używają tylko jednej z nich. Jest natomiast udowodnione, iż trening słabszej nogi automatycznie pozwala poprawić również umiejętności tej lepszej.

 



Schodząc nieco na sprawy prywatne - jak trenerowi podobają się Kielce?



- Jakbym miał uczciwie powiedzieć, że zdążyłem już zobaczyć miasto Kielce to bym skłamał. Brakuje na to czasu. Czekam na dzień, kiedy będę mógł zamiast samochodem, zwyczajnie spacerem przejść przez miejsca, które polecali mi współpracownicy z klubu. Mogę się pochwalić, że dzisiaj zwiedziłem obszar leśny pomiędzy poligonem, starą skocznią narciarską i hotelem Binkowski. Moi asystenci mniej lub bardziej świadomie wybrali tę trasę do wspólnego przebiegnięcia w drodze powrotnej z treningu na Suzuki Arenę. Zrobiliśmy kilka dobrych kilometrów więcej niż zazwyczaj, a dla pięćdziesięcioletniego faceta jak ja, to już jest jednak różnica (śmiech). Czekam na moment kiedy moja żona przyjedzie z synem i wtedy na pewno razem zwiedzimy sobie miasto.



Będąc trenerem w Wigrach Suwałki deklarował Pan, że jest człowiekiem rodzinnym. Ta kwestia była też jednym z powodów Pana powrotu na Śląsk. Jak sytuacja wygląda w chwili obecnej?



- Podejmując pracę w Koronie Kielce wiedziałem, że będzie to dla mnie wyzwanie, ale Ekstraklasie się nie odmawia. Nie ma porównania chociażby w ilości kilometrów dzielących mnie od domu z Kielc, a z Suwałk. Połowę czasu na powrót do rodziny z Wigier musiałem przeznaczyć na podróż. Teraz w prosty sposób możemy załatwić nawet przyjazd mojej żony do mnie na kilka dni i ta odległość nie jest problemem. Element mojego przywiązania do bliskich nie sprawia w obecnym przypadku, żadnego kłopotu. Wracając do domu mogę też zadbać o swojego ojca, który jest 76-latkiem potrzebującym mniejszej lub większej pomocy, a nie mam rodzeństwa, z którym mógłbym się wspólnie nim zająć. Jest to dla mnie ważne i wiem, że ludzie pracujący ze mną w sztabie również traktują rodzinę jako istotny element ich życia. Dzięki temu bliżej nam też do siebie, bo te elementy czysto ludzkiego podejścia pozwalają nam podejmować decyzje nie jak maszyny, ale jak ludzie i mają pozytywny wpływ na budowanie relacji w zespole.



Na konferencjach prasowych często są używane przez trenera bardzo barwne porównania. Skąd bierze Pan inspirację?

 

- Odpowiedź na to pytanie łączy się z pewną, zabawną z resztą historią jak zostałem trenerem. Zacząłem pracę jako szkoleniowiec, bo tak żona sobie zażyczyła (śmiech). Kolokwialnie mówiąc „sprzedała mnie” prezesowi klubu ś.p.  panu Adolfowi Więckowi. W Orle Psary-Babienica  poszukiwano w tym czasie kogoś,  kto może poprowadzić drużynę. Żona w luźnej rozmowie na jakimś spotkaniu powiedziała do prezesa, że jest ktoś, kto by się tego podjął. Pan Adolf wypowiedział do niej wtedy słowa: „Dziewuszko, dziewuszko, co ty mi możesz za trenera dać jak ty masz osiemnaście lat?”. Wspominano to tam później jeszcze przez wiele lat jako anegdotę. Tak było i tak zacząłem pracę. Moja przygoda tam trwała 7 lat. Wywalczyliśmy historyczne awanse do 4. i 3. ligi, ale był to w tamtym okresie klub za słaby na okręgówkę, a za mocny na A klasę. Piękny czas, atmosfera i wspaniałe chwile. Prezes w pewnym momencie powiedział do mnie, że zajdę wysoko i pozwolił mi iść w świat. Trafiłem do GKS-u Tychy. Tam były inne realia jeśli chodzi o media i wywiady. Pamiętam jak jeden dziennikarz po przyjacielsku mi wytknął, że się powtarzam i mówię to samo. Doradził też, żebym kombinował ubierając myśli w słowa. Od tamtego momentu próbuje zrobić z tego trochę żartu albo zabawy słownej. Jesteśmy przecież w pewnym sensie aktorami. Musimy dać kibicom coś po czym się uśmiechną, odczują emocje. Nie ma nic gorszego od człowieka, który jest nijaki. Na pewno pomagają w tych porównaniach lata doświadczeń kiedy szukam różnych odpowiedzi na to samo pytanie, które się bardzo często powtarza. Nie ukrywam, że mogą mieć też wpływ kwestie rodzinne, bo z mojego ojca jest kawał „jajcarza” (śmiech). Mamy jedno życie, trzeba do niego podchodzić trochę „na luzie”. Jakbym był teraz spięty jak agrafka przy wszystkich, to co będę miał zrobić jak nie daj boże przyjdzie gorszy czas? Pod ziemię się zapaść? Bądźmy ludźmi, bądźmy sobą.



Wielokrotnie powtarzał trener, że jednym ze swoich największych marzeń była praca w ekstraklasowym klubie. Teraz, gdy udało się to spełnić, jaki cel zawodowy stawia sobie pan przed sobą?



- Kurczę, szczerze powiedziawszy nie myślałem o tym. Nie przypuszczałem też niedawno, że za chwilę mogę zostać trenerem zespołu z Ekstraklasy. Może to brzmi zbyt pokornie i skromnie, ale to prawda. Było to oczywiście marzeniem, ale miałem takie swoje powiedzonko: „Każdy nosi w swoim plecaku buławę generalską, tylko moja jest strasznie zakurzona” (śmiech). Wyciągnąłem ją jednak, przetarłem, świeci się i działa (śmiech). Trzeba iść na przód i zawsze są jakieś dalsze marzenia. Każdy by chciał jak najwięcej wygrywać i mieć ogromną satysfakcję z tego co robi. Ci najwięksi dalej trenują, żeby stać się jeszcze lepszymi i nie osiadają na laurach nawet kiedy są traktowani jak gwiazdy. Schodząc z dzisiejszych zajęć i mając porównanie jak wyglądało to tydzień temu, mamy z progresu, który widzimy satysfakcję. Widać, że coś już lepiej działa. Trybik z trybikiem się zazębia. To jest esencja tego co my robimy.

Strefa sponsora

Partner strategiczny
Sponsor główny
Sponsor premium
Sponsor techniczny
Dostawca usług medycznych
Sponsorzy
Partnerzy
Patroni medialni
Zamknij
Zamknij
Zamknij

Szanowni Państwo, Nasza strona używa plików cookies w celu ułatwienia Państwu korzystania z naszego serwisu i w celach statystycznych. Korzystając ze strony wyrażają Państwo zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Aby dowiedzieć się o celu ich używania i zmianie ustawień cookies w przeglądarce zapoznaj się z polityką cookies Polityka prywatności Akceptacja